Wywiady

 

Rozmowa z Moniką Sawicką- pisarką
(„Kruchość porcelany”, „Serwantka, „Mimo wszystko”),
założycielką - wraz z Anną Brędowską -
Fundacji „VADE – MECUM – chodź ze mną” im. Sandry Brędowskiej
pod patronatem Wydawnictwa Magia Słów


Dorota Wojciechowska: Jak wygląda życie pisarki we współczesnej Polsce?
Monika Sawicka:
Jest wielowymiarowe, wielowątkowe – albowiem współczesna pisarka, żeby przeżyć – musi sięgać różnych zajęć. Od szesnastu lat prowadzę z mężem Firmę. Zawsze czułam, że jeśli nie zacznę pisać – to … zejdę… Pogodziłam spokojnie pracę z pisaniem – jedno drugiemu nie przeszkadza. Przez dwanaście godzin dziennie jestem w Firmie, która przynosi dochód. Cztery godziny poświęcam Wydawnictwu i Fundacji – im oddaję wszystkie myśli, jakie towarzyszą przez całą dobę… Firma, jak to bywa przy własnej działalności, też jest nierozerwalną częścią mojego życia – nie jest tak, że wychodząc z pracy – kończy się dzień. Czas dla siebie, krążenie myśli wokół czegoś innego niż te trzy zajęcia – jest niemożliwe - i nie zdarzyło się ostatnio…Pewne jest, że jak córka we wrześniu pójdzie do szkoły, to zadba, bym miała o czym myśleć… Śpię pięć godzin. Nie jestem zmęczona, czuję energię – może dlatego, że jestem w tym samym rytmie.

DW: Skąd się wzięła Pani miłość do literatury?
MS:
Ze szkoły podstawowej. Miłość przekazana chyba w genach. Zawsze dużo czytałam, już od najmłodszych lat… Czytałam literaturę, której nie powinnam brać do rąk – w wieku 11 lat były to „Medaliony”, odchorowałam je… Wiedziałam, co czytam, o co chodzi – nie byłam w stanie przeczytać do końca… Wróciłam, gdy był na to stosowny czas… Książka kiedyś miała inną wartość. Trzeba było się o nią postarać; nie było takiej dostępności jak w tej chwili. Książki to małe przygody, w których możemy brać udział, możemy bywać w różnych miejscach, poznawać nowych ludzi, rozwijać wyobraźnię i stawać się coraz mądrzejszym człowiekiem. Potrzeba pisania – ku rozpaczy nauczyciela polskiego – pojawiła się w V klasie. Były to dziecinne opowiadania, śmieję się – jak je czytam; przezabawne były – ale były… Teraz jest trudno zmusić młodzież do napisania jednej strony, a co dopiero do przeczytania książki. Jak nie czytamy – to nie umiemy pisać. Największym problemem gimnazjalistów i maturzystów jest tzw. czytanie ze zrozumieniem. Ponad połowa nie wie, o co chodzi… Nasze społeczeństwo ma problem ze zrozumieniem informacji przekazywanych w mediach. Cierpimy na brak umiejętności rozumienia prostych przekazów, bo nie czytamy… Poważnie zaczęłam myśleć o pisaniu sześć lat temu. Szczególnie jestem wdzięczna Januszowi Wiśniewskiemu, gdyż to on mnie zawsze do pisania namawiał, zwłaszcza po kolejnych niepowodzeniach w wydawnictwach. Nie uważam tego, co robię, za coś nadzwyczajnego. W Polsce jest bardzo wiele lepiej piszących dziewczyn – albo piszących po prostu inaczej. Cieszę się, że mogę robić to, co robię. Bo jeśli ktoś do mnie pisze po przeczytaniu moich książek i dziękuje mi za to, co ode mnie w nich dostał – to znaczy, że warto…

DW: Czy można nauczyć się pisania czy też to tylko talent?
MS:
Nie jestem ekspertem, nie powinnam się wypowiadać… Prywatnie myślę, że dziennikarstwo (prasowe) to warsztat (można się nauczyć) - ma wiele wspólnego z pisarstwem. Można doskonalić własną umiejętność pisania. Nie da się nauczyć – to intuicyjne odczucie – lekkości pióra. Największy dar osoby, która chce pisać, to umiejętność takiego pisania, które w momencie, gdy ktoś siada i czyta – może spowodować, że ten ktoś wejdzie w skórę autora, zacznie uczestniczyć w tym, co się dzieje w książce, kiedy będą towarzyszyły emocje, gdy ktoś martwi się losami bohatera, nie może przestać o nich myśleć, ktoś zapłacze lub będzie się głośno śmiał… To są oznaki, że się udało, że jest talent i lekkość pióra…Czasami, gdy czytam książkę, w pewnym momencie zaczynam się gubić – autor stracił wenę… To się czuje, książka traci rytm. Nigdy niczego nie piszę na siłę. Nie jestem maszyną, nie mam tej weny non stop. Ale jestem w komfortowej sytuacji – nigdzie nie muszę się spieszyć Nie mogę traktować Czytelnika na odczepnego. Połapie się. To ludzie o wyższym poziomie wrażliwości - Czytelnika nie da się oszukać.

DW: Największe problemy związane z publikacją, promocją i dystrybucją książki…
MS:
Nie miałam problemów. Trafiłam na takich ludzi, którzy widocznie mieli stanąć na mojej drodze – a ja na ich. Wierzę w przeznaczenie. Coś jest nam zapisane – co nie znaczy, że nie mamy wpływu na życie. Dostajemy Znaki. Od nas zależy, czy je dostrzeżemy – i czy puścimy nasze życie trochę innym torem… Znaki – ludzie, na których trafiłam. Dobry, właściwy czas i miejsce, by się za to zabrać… Mam trzydziestu patronów medialnych, którzy – nie widząc mnie na oczy – postawili na mnie. Na konia który w tej gonitwie nie powinien się liczyć… Dystrybutor – jeden, wyłączny a drukarnia – w Łodzi.

DW: W jaki sposób toczyła Pani walkę przebijanie się swego talentu przez polską rzeczywistość?
MS:
Nie uważam, żebym miała talent. Ja po prostu tak mam. Na co dzień piszę – nie uważam, by to było coś wyjątkowego. Jeśli ktoś chce to nazwać talentem – proszę bardzo. Talent to coś z innego wymiaru. Ja może mam dar pisania takim językiem, który do ludzi przemawia. Piszę takim językiem, jakim posługują się ludzie komunikując się między sobą. Nie mogę używać innego języka pisząc dla ludzi – jeśli chcę być zrozumiana. To jest mój język, to jestem ja…Co do przebijania – szczęście i nieszczęście zarazem, gdyż trzy wydawnictwa powiedziały TAK, po czym po pół roku się wycofały. I wydałam się sama.

DW: Własne Wydawnictwo MAGIA SŁÓW to…
MS:
To spełnione marzenie. Będę wydawać innych – to jest głównym celem. Będę ich promować w takiej formie, na jaką będę mogła sobie pozwolić w danym momencie. To akt desperacji. To nowe wyzwanie. To test dla mnie – ile mogę zrobić, ile jeszcze mogę z siebie dać. Sobie i innym.

DW: Najwspanialsze chwile związane z powieścią…
MS:
Najwspanialsze i zupełnie nieprawdopodobne są listy od Czytelników. Każdy z nas ma w życiu lepsze i gorsze dni. Czasem jest źle… Gdy wieczorem przychodzi
e-mail, nic nie ma już znaczenia. Smutek mija. Pojawia się wielka radość, że komuś chciało się pisać, że ktoś się odważył… Nie jest rzeczą łatwą napisać maila do autora. Sama kiedyś tak robiłam i wiem, ile mnie to kosztowało – a jestem dość odważna. Najpierw piszesz, nie oczekując odpowiedzi – chociaż w głębi serca chciałoby się ją dostać. Staram się odpisywać – chociażby jednym zdaniem; pamiętam jak to jest, jak się czeka… Raz zdarzyło mi się nie odpisać, Czytelniczka miała do mnie żal – gdyż bardzo tego potrzebowała. W trakcie spotkania żal minął – zobaczyła kogoś prawdziwego. Wiedziała, że ja taka jestem. Że to jest prawdziwa Sawicka, która nie pozuje na nikogo, mówi co myśli, wzrusza się, jest taka sama – bez względu na to z kim i gdzie jest… Niczego nie udaję. Mam wszystko wypisane na twarzy. Ludzie by mnie rozszyfrowali. Udawanie nie ma sensu. Może dlatego łatwo nawiązuję kontakt z ludźmi, nie boją się mnie (… poza moimi Klientami…). Ci, co mają podobny poziom wrażliwości, wiedzą – co we mnie siedzi. Kolejna piękna chwila, związana z tym, co robię – nominacja do Damy Sukcesu…

DW: Jak Pani ocenia poziom czytelnictwa w Polsce?
MS:
Pomimo tak wielkiego dostępu do książek, jaki jest teraz – NIE CZYTAMY. Czytają – niestety – ludzie z wykształceniem wyższym. Najmniej – z podstawowym, zawodowym i zasadniczym. Z raportu czytelnictwa wynikało, że 60% naszego społeczeństwa nie miało ksiązki w ręku przez ostatni rok. Tracę wiarę w to, że ludzie zaczną czytać. Aczkolwiek jak wchodzę do Empiku, widzę czytającą młodzież i starszych… - to pozwala mi wierzyć, że nie będzie źle.

DW: Fundacja „VADE – MECUM - chodź ze mną” – dlaczego Pani wspiera młode talenty literackie?
MS:
W styczniu odezwała się Ania Brędowska z Radia Mazury – pytała, czy może promować moje ksiązki. Zaprosiła mnie – przy okazji trasy promocyjnej – do Morąga. W styczniu zostałam nominowana do Damy Sukcesu. Dzwoniąc do Ani dostałam informację, która zwaliła mnie z nóg: „ Cieszę się pani szczęściem – pomimo, że moje serce krwawi – bo tydzień temu moja córka (Sandra) zginęła w wypadku samochodowym…”. Nie znałam Sandry ani Anki. Nie mogę pogodzić się z odchodzeniem dzieci, młodzieży – to wyprowadza mnie z równowagi, potrafię usiąść i płakać – jak można płakać po kimś, kogo się nie znało? Wtedy zadzwoniłam do Ani po raz drugi – teraz dzwonimy do siebie codziennie. Nie ma słów, które koją ból… Pojechałam na Mazury w trasę promocyjną. Oficjalnie powitał mnie Burmistrz Morąga. Mogłam czuć się jak Gwiazda – przygotowali mi przyjęcie jak dla kogoś wyjątkowego. Nie jestem wyjątkowa – tylko taka sama jak oni, ale może miałam więcej szczęścia. Bałam się spotkania z młodzieżą – z kimś, kto jest w okresie buntu, trudno jest znaleźć wspólny język i mówić tak, by nie uważali, że się wymądrzam. Ponieważ jestem jaka jestem (jak mawia Michał Wiśniewski) – udało się, gdyż jestem szczera i spontaniczna. Nie obrzucili mnie niczym. Przekonali mnie, że są wartościowymi ludźmi. Nie mają jednak autorytetów, wzorców, nikt nie pokazuje im – jak żyć. Są jak dzieci we mgle, mają zawiązane oczy. Wiosną Ania znalazła rozpoczętą przez Sandrę książkę i zapytała – jak najtaniej ją opublikować…. Stwierdziłam, że to jest Znak… Następna myśl – założę Fundację… Sandra była wyjątkową, zwykłą – niezwykłą dziewczyną. Miała dar zarażania ludzi chęcią bycia lepszymi, była oparciem dla wielu osób. Miała tylko 17 lat, była bardzo dojrzała i widziała więcej niż rówieśnicy. Znaleźli się wolontariusze, głownie przyjaciele Sandry. Są bardzo pomocni. Sandra potrafiła zaszczepić w nich chęć rozwijania się, pomagania innym ludziom- chcą działać, by w jakiś sposób Jej podziękować za to, jaka była.

DW: Ze statusu Fundacji: jak wygląda sytuacja dotycząca „nowych zjawisk w kulturze i niekonwencjonalnych przedsięwzięć artystycznych”?
MS:
Nie wiem jeszcze. To zjawisko dopiero się pojawi. Nie ma konkretnego pomysłu. Wiemy, że to się zdarzy. Impuls, chwila, moment – stwierdzimy, że to jest TO, o co nam chodzi. Nie musi to być do końca nowatorskie, jeśli jest wzbogacone o własne emocje. Od ok. dwudziestu lat świat zajmuje się kopiowaniem tego, co już było (w filmie, modzie, sztuce) – więc może to nie być łatwe. Kopia plus własne zmiany świadczy o tym, że kochamy to, co już było i chcemy do tego wracać, nic więcej nie jest nam potrzebne.

DW: Co konkretnie robi Fundacja na rzecz młodych twórców?
MS:
ogłosiliśmy dwa konkursy (szczegóły: www.monikasawicka.pl). Jak na dwa miesiące działalności – to całkiem niezły wynik. Większość Fundacji jest zakładana, by zdobyć fundusze i nie realizować swych założeń. My nie mamy żadnych funduszy, a realizujemy postanowienia statutowe.

DW: Czy w obecnej chwili prawdziwy talent może się rozwijać jedynie poza granicami kraju?
MS:
Jeżeli ten talent miałby być czysty, nienaruszony tym, co jest charakterystyczne dla Polaków – zawiścią, zazdrością – to lepiej, by się rozwijał za granicą; tam ludzie mają inną mentalność. Jeśli jesteśmy zdecydowani, że chcemy coś zrobić ze wszystkimi konsekwencjami, jesteśmy świadomi tych konsekwencji – to powinniśmy podnieść tę rękawicę i zawalczyć tutaj. W 80% to, czy nam się uda, zależy od nas samych. Trzymamy nasze życie w naszych rękach. Od naszej czujności zależy, czy zauważymy Znaki, które dostajemy od losu.

DW: Co Pani powie młodym talentom?
MS:
Jeśli wierzysz głęboko w to, że masz talent, jeśli czujesz, że twe pisanie ma sens i może komuś pomóc, że masz coś do powiedzenia innym – to nie daj sobie wmówić, że jest inaczej. Jeśli ktoś chce pisać, bardzo i głęboko tego pragnie – to zawsze osiągnie cel, bez względu na przeszkody, jakie napotyka…

Z aromatem herbaty - bo w „Niebieskich Migdałach”,

Dorota Wojciechowska

oryginał Data utworzenia: 09/08/2007