KRUCHOŚĆ PORCELANY-mine debut

Kruchość Porcelany
DEBIUT X 2005 (obecnie wydanie trzecie)
zobacz ilustracje

fragment

Nie jestem Bridget Jones. Nie jestem nawet polską Bridget Jones. I choć nie jestem samotna, nadal mogą zeżreć mnie, nie psy, lecz koty. Poza umiarkowaną sympatią do Martini, nieumiarkowaną odwieczną walką z celulitem i nadwagą oraz moją wypaczoną psychiką, nic więcej mnie nie łączy z roztargnioną, gapowatą i zakręconą jak słoik na zimę Brytyjką.

Nazywam się tak, jak pies naszych sąsiadów, piękny czarny, smukły ( czego nie można powiedzieć o mnie) doberman, a także tak , jak słynący z niebotycznej megalomanii korespondent niepublicznej telewizji - Polak z pochodzenia, Amerykanin z zasiedzenia, niejaki Kolonko Mariusz. W kręgach studenckich zwany Mas Mix Golonka. Maks. Nazywam się Maks. Już nawet zwalczyłam nawyk odwracania głowy za każdym razem gdy sąsiad woła swego dobermana. Czasem na niego gwiżdże i bywało, że wołał, a zaraz potem gwizdał a ja się odwracałam. Pół osiedla mogło zatem śmiało podejrzewać, że na Maks wystarczy zagwizdać jak na panienkę na bulwarze Zachodzącego Słońca a ona odwraca się ochoczo.
Teraz, gdy sąsiad woła swego psa , idę dzielnie przed siebie, niewzruszona jak głaz i w duchu gadam do siebie: Bądź dzielna Maks, to nie ciebie wołają. Nie odwracaj się pod żadnym pozorem. Kiedyś mnie zamkną za to gadanie. Doszło do tego, że w pewnym momencie w ogóle przestałam reagować na swoje nazwisko i mój mąż ochrypł , próbując mnie „ dowołać”.
Zapomniał, że mam imię?
Darł się na całe pole. Słyszałam, oczywiście. „ Maks!, Maks!” Ale obiecałam sobie, ze już się nigdy nie odwrócę, bo pewnie znowu wołają psa. I biedak skostniał pod drzwiami w oczekiwaniu na mnie, bo nie miał kluczy. Bardzo dobrze. Podwójna nauczka. Po pierwsze: noś zawsze klucze od domu. Po drugie: warto pamiętać, jak ma na imię twoja żona. Czasem się przydaje.

Maks. Zuzanna Maks.
Ach, ten Bond! Martini. Wstrząśnięta , nie mieszana.

Dostałam dzisiaj list. Powiewał sobie radośnie ciepło schowany do koperty, wsuniętej w drzwi.

Z koperty wypadł najpierw wycinek z kolorowego czasopisma z zaznaczonymi na czerwono fragmentami.

„Niektóre doświadczenia są jak kataklizmy- zmiatają nas z powierzchni ziemi na długie miesiące. Są jak emocjonalne huragany, niszczycielskie żywioły siejące ból i spustoszenie. Wymiatają z naszych serc każdą odrobinę radości. Rozpacz może nas łatwo pokonać albo mądrze wzbogacić…
Według angielskiego terapeuty Robina Skynnera, żeby wydostać się z prywatnego piekła , trzeba się najpierw przyznać, że się w nim jest. Aby móc się autentycznie pogodzić z doznaną krzywdą, należy doświadczyć głębokiej żałoby. Wyjście z piekła zawsze prowadzi przez czyściec. Nie ma drogi na skrót. Ból trzeba przeboleć do końca. Wiele osób boi się rozpaczy. Lęka się zanurzenia w głębokim żalu. Odpędza cierpienie. Funduje sobie ból w małych dawkach: w smuteczkach, melancholiach. Dlatego właśnie odzyskanie równowagi zabiera im całe lata albo też są podłamani do końca życia. Tymczasem nie należy się „podłamać”, należy się „złamać”, żeby się odrodzić. Dramaty bolą, bo nie umiemy ich przeżyć do końca. Przechowujemy je w sobie, spychamy, wypieramy, unieważniamy. Zaś doświadczanie cierpienia do końca, odczuwanie rozrywającego bólu, oczyszcza nas, tworzy miejsce na nowe, pozytywne i budujące uczucia. Pozwólmy sobie na krzyk, łzy, szaleństwo z rozpaczy. Osoby, które wyszły z wielkich dramatów, opowiadają, że dotknęły dna rozpaczy i dlatego miały już tylko jedną drogę: odbić się od głębi ciemności i dryfować ku jasnej stronie życia .Cierpienie, które zawładnie nami do końca, obmyje nas jak wielka fala, ale nie zatopi, a za to odstąpi, przeminie. Prawdziwe cierpienie nie odgradza nas, ale łączy ze światem. Pomaga go w pełni zrozumieć i pojąc. Jest bolesne, ale i twórcze , motywuje do pogodzenia się ze stratą, do przebudowy myślenia i odczuwania. Uczy nas jak mądrze żałować i akceptować świat, takim, jaki jest. „

Przeczytałam, ale nie mam siły nad nim się zastanawiać. Pewnie znowu Jehowi chodzili. Odkładam go więc do pudełka z napisem” Korespondencja wiecznie żywa”. Trzymam tam wszelakie rachunki oraz listy miłosne od instytucji państwowych, które uprzejmie mnie informują, że jeśli nie zapłacę zaległych kwot , to zostanę bez wody, prądu czy gazu. Nie płacę wyłącznie przez roztargnienie. List więc wrzucam do pudełka i oddaje się użalaniu nad dniem dzisiejszym.

Różnie ludzie o mnie mówią. Powiadają, że jestem jak ogr. Jak Shrek. Mam warstwy , jak cebula. Każdy z nas ma warstwy. Jedni maja ich więcej niż inni; cebule są przecież różne. U mnie Diory i Chanelle tworzą zewnętrzną warstewkę. Kolejną jest pancerz ochronny mający bronić mnie przed tym, czego się obawiam i nie przepuszczać ukłuć zadawanych przez tych, których się boję. Pancerz skrywa to, co najważniejsze. Wrażliwość, bezbronność i strach dziewczynki z zapałkami.

O rany!. To prawdziwy ekshibicjonizm. Tak się obnażyć na samym początku?
Niektórzy mówią, że proces poznawania mnie, jako mnie i jako Shreka, może być niezwykle ciekawy i , jak podczas obierania cebuli, nie obyłoby się bez łez.
Aha. I jeszcze podobno, kobiety, jak ja, są nieodzownym dodatkiem do smakowitej potrawy, zwanej ż y c i e m.

Gdyby słyszał to mój mąż, kazałby mi się rozpędzić i uderzyć głową o ścianę.
On uważa, że jestem niewrażliwą małpą.. I niech tak myśli. Mnie boli mniej.

Ale teraz mam coś lepszego.
Są tacy, którzy postrzegają mnie jako kobietę posągową. Fizycznie dobrze zbudowaną blondynkę. Ale nie tę z dowcipów. Przeczą temu rzekomo …oczy To nie są oczy głupiutkiej blondynki uwieszonej na łysym i umięśnionym właścicielu BMW. Och! I znowu ten pancerz, mur obronny , z nad którego obserwuję świat. Nie przeszkadza mi on jednak w dobrej zabawie i uśmiechu. A pod tym murem niby jest gorąca kobieta, o której niejeden mężczyzna może tylko pomarzyć. Kojarzę się niektórym z Afrodytą. Mimo barokowej nieco figury. Wyglądam jak bogini wybiegająca z zielonkawego morza na skąpaną w południowym słońcu plażę.
Biały uśmiech i jasne, mokre włosy mocno odcinają się od ciemnej opalenizny.

Kiedy to usłyszałam, planowałam w pierwszym odruchu desperacji rzucić się na tory.
Ale tak się szczęśliwie złożyło, że akurat nadawali w telewizji „ Xenę, wojowniczą księżniczkę”
I zobaczyłam Afrodytę. Poprawiło mi się.

Koszmarne pogorszenie nastąpiło, gdy ukradłam Amelce kasetę z filmem „ Shrek” i spojrzałam na zdjęcie tytułowego bohatera. Mam nadzieję, że w porównaniu z tym ogrem, nie chodziło o fizjonomię.

Jak mi się najpierw pogorszyło, później trochę polepszyło, a następnie znowu pogorszyło. Pocieszyłam się jednak , że nie jestem blondynką z dowcipów, wiszącą na ramieniu dresiarza, właściciela BMW, z ilością złota na szyi przyciągającą go do ziemi.
Ale na nieszczęście postanowiłam przejrzeć album malarzy specjalizujących się w baroku i, niestety znowu miałam ochotę skoczyć z okna, choć owy skok nie dawał gwarancji zejścia śmiertelnego, z uwagi na to, że akurat przebywałam na parterze, więc zrezygnowałam.
.

Jestem mężatką. Ta wiadomość może niektórych zelektryzować i zszokować, ale to prawda, kilka razy już o tym napomknęłam. I nie stało się to wczoraj, ale jakiś czas temu. Jakieś … 12 lat temu.
Mam również 9 letnią córkę, a już niedługo nabawię się także permanentnego bólu głowy, ponieważ onegdaj wpadłam na genialny pomysł i zawlokłam moją pociechę na egzamin do Szkoły Muzycznej. Tam okazało się ze ma słuch absolutny, zachodzę w głowę, po kim? ( listonosz nie był muzykalny) i od jutra zaczyna grać na SKRZYPCACH.
Biegnę do apteki wykupić cały zapas zatyczek do uszu!
Oprócz męża, córki i bólu głowy oraz syndromu napięcia przedmiesiączkowego, mam dwa koty, psa, dom, firmę, roczną Toyotę Lexus i jestem chodzącym dowodem na to, że pieniądze szczęścia nie dają.
I mam jeszcze coś, ale nie mogę o tym powiedzieć. Przynajmniej na razie.
Spokojnie, nie, nie mam AIDS, ani też nie trzymam w szafie kochanka.
Trzymam go pod łóżkiem. Wymyśliłam go sobie. Nazwałam go- WYMYŚLONY.

Jednymi słowy, tworzę wraz z mężem modelowy wzorzec polskiej rodziny.

Pieniądze… Samochód…. Dom… Nie zawsze tak było.

Czterysta złotych polskich. Tyle właśnie wynosił kapitał założycielski mojej firmy. Czyli cała gotówka, która pozostała nam z pieniędzy podarowanych nam w prezencie ślubnym.
Nasi weselni goście okazali się być niezwykle praktycznymi ludźmi i wyposażyli nas w kilka kompletów pościelowego, osiem cepeliowskich obrusów, dwie zastawy, każda na 12 osób, toster, urządzenie do przyrządzania kanapek na gorąco, odkurzacz, cztery żelazka oraz wiele innych bardzo przydatnych przedmiotów codziennego użytku, tak niezbędnych gospodarstwie domowym. Zupełnie uszło im uwadze, że młodzi małżonkowie najbardziej zadowoleni są, gdy otrzymają w kopercie czystą, żywą gotówkę. Gotówkę, której było niewiele, przejedliśmy, a co zostało, z należytą czcią i duszą na ramieniu postanowiliśmy zainwestować w biznes.

Początki nie były łatwe, ale już po krótkim czasie postanowiliśmy rzucić się na głębokie wody biznesu i zająć się tak zwanym importem. Chociaż „ rzucić się” to za dużo powiedziane. Mój mąż postanowił rzucić mnie, jako że jeszcze w podstawówce liznęłam trochę języka obcego, a wiadomo, Niemcy, kraj wysokorozwinięty i angielski znają. Oczywiście tylko ci w Berlinie Zachodnim, bo w NRD, które jeszcze wtedy istniało za magicznym murem, wszyscy tylko biegle, a i owszem, ale po rosyjsku. No to pojechałam. Miałam dwa tysiące marek niemieckich w biustonoszu i zero pojęcia o odprawach celnych. Zdolna w miarę jestem i się nie zgubiłam , nawet z metra wysiadłam na właściwej stacji . Dokonałam zakupu w firmie, z którą
wcześniej nawiązałam kontakt telefoniczny, dogadując się językiem Kalego. Kupiłam, zapłaciłam, zapakowałam się w jedną 25 kg torbę i ruszyłam w drogę powrotną.

Czyli na Dworzec Lichtenberg. We Frankfurcie nad Odrą weszli celnicy. Polscy i Niemieccy.

– Paszport proszę.

— No to proszę bardzo.

— Czy ma Pani cos do oclenia.?

— Mam.

—A co?

— A to- mówię, otwieram torbę i pokazuję faktury. Celnicy podrapali się w głowę i mówią.:

– Ale pani powinna to wyrejestrować a niemieckim urzędzie celnym w Berlinie.

– Ja? To niby jak mam to teraz zrobić?

Musiałam wyglądać żałośnie, bo celnik wygrzebał z aktówki jakiś dokument i w drodze wyjątku wystawił coś, co pozwalał mi całkiem legalnie dojechać z tym towarem do mojego miejsca zamieszkania i zgłoszenie oclenia w tamtejszym Urzędzie Celnym.
W porządku, myślę. Kaszka z mleczkiem. Podróż pociągiem trochę męcząca, ale zawsze się jakąś Milkę przywiezie.
Następnym razem , cztery tysiące marek w staniku ,piersi jak balony, znowu pociąg Eurocity.
Droga powrotna. Znowu stacja Frankfurt Nad Odrą. Niemieccy celnicy. Pokazuję im dokumenty. Paszport i rachunki. Coś do mnie mówią. Nie wiem co. Z niemieckiego to tylko rozumiem:
„ ‘ Arbait macht frei” i oczywiście Raus. To im mówię po angielsku, że ja chcę to oclić, ze mam faktury i chcę tylko do granicy dojechać tam sobie wszystko załatwić. Patrzą na mnie jak ciele na malowane wrota. No jasne, przecież to Niemcy wschodnie! Przechodzę na rosyjski. Panowie się rozpromieniają jak choinka na Boże Narodzenie i mówią, że muszę wysiąść. Jak to? Wysiąść?

A bilet? Przecież ja do Polski muszę jechać? Moje bagaże ważą 40 kg.

Mam wysiąść i dostać się Świecka. Tam dokonuje się odpraw celnych. Z Frankfurtu łapię taksówkę, która wiezie mnie do Świecka, a konkretnie wredny , gestapowski pewnie potomek ,taksówkarz wysadza mnie na samym końcu kilkukilometrowej kolejki. Dalej na piechotę. Docieram do przejścia granicznego w takim stanie, jakbym wracała z robót przymusowych do Polski. Dochodzę do okienka z napisem: odprawy celne. Melduję posłusznie, że mam towar do oclenia.

Przekaz chciałabym do Lodzi. Celnik bierze dokumenty ode mnie, czyta i czyta.

Zawsze podejrzewałam ,że są niedoedukowani. Następnie bierze do ręki długopis i zaczyna uzupełniać jakiś kwestionariusz. Sto tysięcy pytań, ja już ledwo stoję. A on do mnie:

— Środek transportu.??

– Przyszłam na piechotę. – grzecznie odpowiadam.

Długopisy zamierają na moment w rękach celników, wszyscy podnoszą wzrok z nad sterty dokumentów. Pewnie chcą zobaczyć wariatkę, bo dawno nie widzieli.

– Jak to? Na piechotę???

– Normalnie. Noga za nogą-. Człap, człap, człap– mówię i czuję, że za chwilę naprawdę się przewrócę.

– Ty, Heniek!- woła rozbawiony niecodzienną sytuacją celnik- pani przyszła na piechotę.

– No to co ja mam wpisać w rubryce” środek transportu” ?—jest w poważnej kropce.

–Wiesz co, Jasiu? Zapytaj panią , jaki ma numer buta.- poraża dowcipem kolega celnik o wdzięcznym imieniu Heniek.

– Siódemka- odpowiadam i ja osuwam się ze zmęczenia na beton.

Kiedy się ocknęłam, leżałam na kanapie u kierownika posterunku. Dokumenty przygotowane. Przekaz celny piękny i cieplutki leże naprzeciw mnie. Torby stoją w rogu pokoju.
Pan kierownik częstuje mnie herbatą, własnymi kanapkami i przepraszająco się uśmiecha.
A ja przeklinam w duchu tego, kto wymyślił SAD.
Nadal nie wiem, co mam robić. Jestem w Świecku. Ostatnie pieniądze oddałam niemieckiemu taksówkarzowi, który zafundował mi maraton z obciążeniem, przypominający ćwiczenia wojskowe w pełnym rynsztunku.
Problem częściowo rozwiązuje poruszony moim losem celnik.
Wychodzę z nim w miejsce, gdzie stoją TIRY. Kierownik mówi, że załatwi mi gratisowy autostop do Rzepina, a tam jest dworzec kolejowy i stamtąd już pojadę sobie do Konina. A z Konina do Lodzi. Pozwala mi nawet zatelefonować do mojego męża. W telegraficznym skrócie informuję go, co się stało, mówię, o której ma mnie odebrać z Konina, proszę, aby zrobił parafrazę, celem upewnienia się czy aby na pewno wszystko zrozumiał. Powtarza. Wszystko odwrotnie. Nie mam siły. Zdruzgotana, z duszą na ramieniu wsiadam do kabiny Tira.

Kierowca miły, rozmowny i tylko ociupinkę obleśny. Tylko ja się prawie ze strachu posikałam w majtki. Jest środek nocy. A ja do obrony mam jedynie ukryty w rękawie zwykły dezodorant. Jedziemy, jedziemy. Całą trasę przez las. Nagle on się zatrzymuje. W samym środku lasu. Myślę sobie: no to po mnie. Może i zdążę wyskoczyć z tej kabiny, a co z towarem? Cztery tysiące marek w torbach!!!

Jeśli to zostawię, to mój mąż mnie zabije. A nie dam rady uciekać z dwiema torbami, z których każda waży 20 kilogramów. Oczyma wyobrazi widzę już jak mnie gwałci.
Nagle kierowca odzywa się:

— Pani wybaczy, musiałem się zatrzymać, żeby wyłączyć… tacho …coś tam, cos tam,, ..graf, zdaje się, bo nas rozliczają z kilometrów , a żebym mógł panią zawieźć pod sam dworzec do Rzepina, to trochę muszę zboczyć z trasy.
Ufff. Jedziemy dalej. Prawie umarłam ze strachu. Cztery godziny czekam w Rzepinie na pociąg do Konina. W śmierdzącej poczekalni, oka nawet nie zmrużyłam, bo pilnuję toreb.
Kiedy docieram do własnego łóżka obiecuję sobie: nigdy więcej!!!

Dałam się namówić jednak. Ostatni raz. Tym razem zabrałam ze sobą męża i kolegę do towarzystwa.
Najpierw kolegę zgubiliśmy w Berlinie, a później prawie przez niego spóźniliśmy się na pociąg.

Jasna cholera. Frankfurt nad Odrą. Deja vu. Wysiadamy. Taksówką do Świecka. I marsz przez most nad Odrą. Ze złości dostałam tyle energii, że panowie zostali daleko za mną.
Ciągnęli się za mną z tymi tobołami, jak guma do żucia. Miałam dwie najcięższe torby, a gnana złością pobiłabym samą Irenę Szewińską. Kilka razy czekałam na nich. Kiedy wreszcie mnie dogonili, rzuciłam z hukiem moje torby na ziemię. I w tym momencie wydarł się nasz, wzięty do towarzystwa, kolega:

- Wariatko, co ty robisz??? Ja mam tam 50 puszek piwa!!! Wiesz, ile to kosztuje?

Szczerze mówiąc, mam to nosie- ale będzie z jakieś z 50 fenigów.
Kolega prowadził drobny handelek, zwany przeze mnie, łóżeczkowym, z racji tego, że oferowany do sprzedaży towar rozkładany był na łóżku polowym.
Zapanowała cisza. Wsłuchiwaliśmy się wszyscy troje w dziwny świst dochodzący z torby.
Kolega padł na kolana myślałam, że go postrzelił niemiecki strażnik graniczny, to by tłumaczyło ten świt. Ale nie. Rzucił się na kolana przywarł uchem do torby i zaczął … węszyć. Myślałam, że jeszcze chwila i zacznie się okopywać. Musi być strasznie trudno okopać się na asfalcie.
Najpierw łapał dolny wiatr, a później górny.

– Jezus Maria!- wrzasnął —. Moje piwo!!! — Potłukłaś mi piwo.

— Bardzo się przejęłam , wiesz? - rzuciłam beznamiętnym głosem.

No to pięknie. Nie dosyć, że taszczyłam 8 kilometrów torbę, jak się okazało z piwem, to jeszcze teraz miałam to przemycić a ten mi tu histeryzuje, że mu jedna puszka pękła.

Ta podróż zakończyła definitywnie moje traperskie wypady importowe.
Nabyłam samochód. Pierwszy, którym się udałam do Niemiec, spalił więcej oleju niż benzyny.
Z tym importem sprawa wyglądała tak: jeśli chciało się coś zgłosić do oclenia, należało stać na terminalu dla ciężarówek, bez względu na to, że jechało się samochodem osobowym.
Mniej więcej trzy dni oczekiwania na odprawę.
Trzy dni. Mówię do męża:

— Słuchaj, kochanie, ja nie mogę tyle stać, bo mi mleko w piersiach zwarzy.
Już wyglądałam jak bohaterka filmów porno.. Co przypadkiem nacisnęłam na piersi, tryskało z nich jak z Fontanny De Trevie. W lesie postój na ściąganie pokarmu.

Ja tu tyle dobra na ściółkę leśną wylewam, a moje dziecko na sztucznym mleku! Jeśli za kilka godzin nie przystawię jej do piersi ,wyląduję na stole operacyjnym.

Czułam, że mój biust waży tonę. Jeszcze chwila i zaczęłabym unosić się w powietrzu.

W obliczu katastrofy postanowiliśmy przemycić tę odrobinę towaru, jaką wieźliśmy. Już podjeżdżamy pod bramkę, a tu nam się spod maski dymi. Kopci. Dym jak z elektrociepłowni. Jasna cholera, teraz to nas na pewno zrewidują!!! A powiedzieliśmy już, że nie mamy nic do oclenia.
Kopci się i kopci. Nie ma czym oddychać. Widoczność znacznie ograniczona. Podchodzi niemiecki celnik. Myślę: no to po nas. I modlę się: Aniele Boże, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój…..”

Celnik wrzeszczy na nas:

— Jechać!!!, jechać!!!

Ostatni raz. Tym razem to był ostatni.
Od tamtej pory korzystam z usług spedycji międzynarodowej. Moja rola
Ogranicza się do faksów , względnie e-maili i wykonania kilku telefonów.
Wspominam tamte czasu bez specjalnego bólu, , ale z pewnym sentymentem.

* * *

Zadzwoniła do mnie Bożena, zwana Bożką , moja sąsiadka z naprzeciwka.
Zamiennie zwana także Jeźdźcem Apokalipsy, z powodu przynoszenia samych złych wiadomości.

– Wpadniesz wieczorem na grilla?

– Oszalałaś? Grill w końcu kwietnia?

– Poważnie już jest kwiecień?- zdziwiła się Bożka. Popatrz jak ten czas zapier- i tu Bożka przerwała pod ciężarem mojego karcącego spojrzenia.

- Przypominam ci, że jesteśmy kobietami z klasą.

- My jak my, ale ta dwa domy dalej to dopiero kobieta z klasą. Chyba nawet ma ósmą podstawową. Mów mi tak, mów, to może kiedyś w to uwierzę. Zuza, co ja zrobię, że ja lubię przeklinać?

- Ja też lubię i nieźle mi to wychodzi, ale damie to nie przystoi- powiedziałam śmiertelnie poważnie i puściłam jej oczko.

– Damo ,rozpoczynamy sezon.

– Jaki? Wiosenny czy letni?

– No wiosenny przecież, nie? Letni rozpoczniemy w czerwcu. To jak, o której będziesz?

— Bożka, ale jest jeszcze cholernie zimno. Jak ty sobie wyobrażasz smażyć kiełbaski na tarasie?

— A czy ja powiedziałam, że na tarasie? Elektryczny grill. W salonie.

– To mów od razu, że się chcesz pochwalić nowo nabytym urządzonkiem.
Jeśli w salonie, to przyjdę. Tylko co ty zrobisz z tym dymem?
Zapewniasz jakieś atrakcje? Pożar na przykład, tak jak ostatnio?

- Do końca życia będziesz mi to wypominać?

- To może wcale nie być tak długo, jeśli nareszcie nie nauczysz się rozpalać grilla.
Czy już pojęłaś, że paliwo do samolotów nie jest najlepszą rozpałką?

– A skąd ja mam wiedzieć, co ten mój idiota trzyma w garażu? Ale nie zaprzeczysz, że ten strażak, który cię wynosił , był podobny do Mela Gibsona?

– Oczywiście. A policjant, który przesłuchiwał ciebie to wypisz, wymaluj Bruce Willise…
Ty się ciesz, że spalił ci się tylko taras.

–A pamiętasz, jak ruszt od grilla, zaraz po wybuchu, spadł sąsiadce do oczka
wodnego?

— Jak mam nie pamiętać? Pozostałe kawałki pokryły okoliczne ogródki.
Miałyśmy fart, że nikogo nie zabiło. I że się jakoś wyłgałyśmy z posiadania tego paliwa lotniczego.

— Chyba i tak nie uwierzyli, jak im powiedziałaś, że kupiłaś na rynku od Ruskich , jako naftę do lampy po babci.

— Wymiękli, jak ich poprosiłaś o autograf na biuście.
.
„ Panie Willise, ta pańska była żona, Demi More, to niby taka fajna laska, a taka głupia. Jak ona mogła pana zostawić? Szkoli pan polskich policjantów zgodnie z zasadami
„ Szklanej pułapki „ I czy II?

— Przynieść to co zwykle?

– Jeśli byłabyś na tyle uprzejma, to nie będę się z tobą bić. Sztywny bukiet zawsze jest mile widziany.

– Bożka, a czy ty pomyślałaś, że przez to twoje ciągłe grilowanie, podnosisz statystykę? Pożerasz trzy razy więcej mięsa , kiełbasy niż statystyczny Polak.

Że już o trunkach nie wspomnę.

— I co z tego? Kompensuję tym sobie tym braki w seksie, uprawianym przez statystycznego Polaka

– Domyślam się. Będę o siódmej.

Chyba muszę przestać do niej chodzić bo popadnę w alkoholizm.

* * *

Przez jakieś 9 lat byłam workiem treningowym mojego ślubnego, który od czasu do czasu ćwiczył na mnie nowe uderzenia, a ja, maskując sińce na twarzy, doszłam do takiej perfekcji, że mogłabym pracować w filmie. Spokojnie mogłabym sobie sama udzielić pierwszej pomocy, wyłączając jedynie resuscytację. Usztywnić policzone żebra-? Nie ma sprawy. Wsadzić sobie kark w kołnierz ortopedyczny? No problem.
Jestem pogodna, radosna i szczęśliwa. Mam męża, wspaniałą córkę, psa, koty , samochód, bałagan w sypialni, nie mam AIDS, przede mną świetlana przyszłość w kinematografii.
A do tego wszystkiego, kto by się spodziewał, jestem pismakiem. Dziennikarzem dyplomowanym. Dyplom oprawię sobie w gustowną ramkę i powieszę nad łóżkiem, żeby o mi tym przypominał. Bo nie pracuję w zawodzie. Te krótkie felietony od czasu do czasu to istny czyn społeczny. Ze świadomością, że marnuję swój wrodzony talent oraz odbieram milionom czytelników na całym świecie szansę na wzruszenia towarzyszące im podczas czytania moich reportaży i felietonów, a sobie szansę na Nagrodę Pulitzera, tkwię biernie i niezmiennie w świecie, który budowałam sobie latami.

I mam w tym niemałe sukcesy. Już nawet po uderzeniu w splot słoneczny, gdy tylko zacznę swobodnie oddychać, potrafię nie tylko natychmiast o tym zapomnieć, ale i nie uronić ani jednej łzy, co nie jest rzeczą łatwą. To jest tak, jakby ktoś zakręcił ci butlę z tlenem. Patrzysz na ten cholerny zawór, masz go na wyciągnięcie ręki i nic nie możesz zrobić. Poza oczekiwaniem. Aż zawór znowu sam się odkręci. Nawet nie myśli się wtedy zbyt jasno, nie bardzo wiadomo , czy się przewrócić czy wyprostować. Ani jedno ani drugie nie wchodzi w grę przez najbliższych sześćdziesiąt sekund. I tkwię tak w pozycji scyzoryka, zanim oddech się nie ustabilizuje. Wygląda się wtedy nieciekawie przyznaję . Mniej więcej tak, jak wyjmowany z wanny karp, który za chwilę odda swe rybie życie w imię polskich tradycji.
Łapie resztki oddechu zanim spocznie na talerzu, wcześniej bestialsko wrzucony na patelnię.
Nio. Ale gdzieś wyczytałam, że trenowanie twarzy metodą” na karpia” znacznie poprawia napięcie skóry i opóźnia powstawanie zmarszczek.
Jeśli mam być szczera- wolę metody tradycyjne, ale cóż: jak się nie ma , co się lubi, to się lubi co się ma.

Albo też na przykład, podczas uroczego rodzinnego obiadu w restauracji, gdy po krótkiej wymianie zdań mąż przewraca stolik wraz z zawartością, potrafię kontynuować jedzenie, przesiadając się do stolika obok, i to jeszcze z apetytem.
I stoickim spokojem.
Zabiłam swój strach. Zatraciłam emocje. Stałam się zimną małpą. I wiecie co?
Dobrze mi z tym, cholernie dobrze. Czasami tylko, gdy pada deszcz i cały świat płacze wraz z nim, zadaję sobie pytanie kim jestem . Może małą, wołającą o pomoc dziewczynką?
Kogo to obchodzi?
Przecież statystycznie rzecz biorąc, nie jestem osamotniona. Przemoc w rodzinie jest na porządku dziennym. Bo zupa była za słona. Bo znowu nie miała orgazmu.( wersja męska).
Więc głowa do góry. Jest OK.
. Nie jest. I już nigdy nie będzie. Kropka.

Świat runął mi na moją głupią głowę. Siedzę i ryczę. Łzy płyną mi po twarzy razem z tuszem Max Factor, zostawiając za sobą dwie piękne bruzdy .
Właśnie dzwonił Wymyślony. Jeszcze nie wraca. Nie wie kiedy wróci. Prawie nie sypia od trzech tygodni. Ma oczy jak królik- małe, czerwone i przekrwione. Ministerstwo przedłużyło termin rozmów.

Po raz trzeci.
A ja już dłużej nie mogę.
Zadzwoniłam do Ewy, żeby się wyżalić, a ona powiedziała krótko:

Po chwili namysłu stwierdzam, że to co ona powiedziała, nie nadaje się do dalszego przekazu.

Tak, tylko kobieta wie jak pocieszyć drugą kobietę.
Czy wiecie, jakie to uczucie kochać kogoś tak mocno, że na samą myśl, że mogłoby się go stracić czuje się fizyczny ból? Że nie można oddychać? Nie można na niczym się skoncentrować, gdy on nie dzwoni równo z wybiciem każdej następnej godziny?

Co powinnam pomyśleć, gdy słyszę, że nie wolno mu mnie kochać i że to jest wersja oficjalna?
Co mam do cholery myśleć, gdy wychodzę spod prysznica i trzęsąc się jak galareta zwijam się w kłębek na łóżku obok niego, a on mówiąc: ” Chodź do mnie, przytulę cię, zaraz będzie dobrze, będzie ci ciepło”, głaszcze mnie po włosach i tuli tak mocno i blisko, że czuję bicie jego serca,
niemal słyszę jego myśli?
Co ja mam do jasnej cholery myśleć? Coooooooooooooooo?
Próbowałam się jakoś pocieszać, bo, od kiedy wyjechał, łapię się na tym, ze popadam w paranoję, histeryzuję i hamletyzuję, odchodzę od zmysłów.

A co gorsza, broniąc się przed samą sobą, przed swoimi emocjami, które odbierają mi rozum i zdolność jasnego myślenia/ zdolność myślenia w ogóle!!!/, ranię jego.
Z chirurgiczną wręcz precyzją uderzam w najczulsze miejsca.
Zamiast go wspierać, stać u jego boku jak wierny giermek, wbijam mu nóż w plecy.
Nienawidzę się za to. Jak bym mogła to bym się opluła.

Rozsypałam się na drobniutkie kawałeczki. Moje serce pękło z radości..
Powiedział, że jestem najwspanialszą kochanką świata, bardzo za mną tęskni, chciałby się do mnie przytulić, pogłaskać po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Rozmawialiśmy 14 minut i 35 sekund, z czego ja większość tego czasu przepłakałam..
Opowiedział mi kawał, żeby mnie rozśmieszyć. Świński.
O Boże, jaki on jest przystojny. Wygląda jak Richard Gere . Kiedy na niego patrzę to rzęsy mi się same wywijają. I tak pięknie wygląda w garniturze. Uwielbiam go w garniturze. Jest wtedy taki nieprzystępny. Albo…nie. Może wolę go jednak na sportowo? No nie wiem. Opcji jest wiele, a moja wyobraźnia ma nieograniczone pole działania.

Czy to możliwe żeby ten facet mnie kochał? Niemożliwe . Richard Gere kochał Julię Roberts.
I ona była dziwką. Ja niestety nie jestem . Ale jeszcze nic straconego, jestem jak kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję. A on był obrzydliwe bogaty.

Zatem żadnych podobieństw.

Jestem boginią seksu.!!!

Po raz pierwszy od 16 miesięcy usłyszałam jak siarczyście zbluźnił. Nigdy nie bluźnił. Udałam, że nie słyszę, a jednocześnie zdałam sobie sprawę ze stanu, w jakim się znajduje. Przeraziło mnie to.
Boże, jak ja go kocham!!!
A co mi tam. Małe dzieci mają nieistniejące zwierzątka i wyimaginowanych towarzyszy zabaw, to dlaczego ja nie mogę mieć kochanka niczym z argentyńsko- brazylijsko-wenezuelskiej noweli? Takiego z Harlekinów albo z powieści Barbary Cartland?

Robiłam porządek w szafie u Amelki, i zapytałam, gdzie są jej granatowe rajtuzy.
A ona na to: “ rajtuzy są w worku z wuefem, worek jest w tornistrze, a tornister jest w łazience, a łazienka jest, wiesz gdzie”.
Wiem gdzie łazienka była jeszcze kilkanaście minut temu i mam cichą nadzieję, że nic się od tego czasu nie zmieniło.
Amelka najchętniej odrabia lekcje w łazience, siedząc na muszli klozetowej.. Albo na schodach.
W ogóle robi wiele przedziwnych rzeczy. Dzisiaj na przykład , rano o 6.00 poszła do kibla grać na skrzypcach. Nie powiem, że grała w pozycji siedzącej, bo i tak nikt mi nie uwierzy.

I właśnie dla takich chwil warto żyć. Dobranoc.

Jednak jeszcze nie dobranoc. Dzwonił Wymyślony.. Mam mu zrobić sweter na drutach, czekając na jego powrót. Albo zmieszać kilogram maku z kilogramem ryżu i przebierać ziarna. No jasne, na pewno. Jak Kopciuszek? Na co ja:
a potem pójdę na bal, zatańczę z księciem i z wybiciem północy zbiegnę po schodach, gubiąc pantofelek.
Wymyślony :” No, no, no. Ja ci dam księcia!”
Do tego momentu się zgadza. Z tą różnicą, że bajka o Kopciuszku ma szczęśliwe zakończenie.
Czy to życie musi być takie pokręcone?

Nie czuję się w żadnym stopniu odpowiedzialna za to, co stało się w Raju i nie solidaryzuję się z Ewą. Chcę być szczęśliwa i guzik mnie obchodzi reszta świata. Absolutnie w tym wypadku nie popieram solidarności jajników.

O! Chyba właśnie wzniosłam się na wyżyny egoizmu.

Amelka nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Pomyśleć, że dzieci mają niewiarygodną wręcz zdolność koncentracji jednocześnie na kilku rzeczach, mają fantastyczną pamięć i do tego wszystkiego zawsze w najmniej odpowiednim momencie potrafią wyciągnąć najbardziej kompromitujące nas fakty.
O, na przykład taka Nicolka, córka koleżanki z boiska, razem rżnęłyśmy w nogę. Więc Iza troszkę zabalowała z mężem i ciężko się rozchorowali. Mąż cierpiał bardziej, do tego stopnia, że zaszło podejrzenie rozerwania jelita. Grubego. Bo ileż można razy biegać w tę i z powrotem? W każdym razie Iza stwierdziła, że to nie jelito a zapewne jakaś hemoroida mu pękła. Byli tak zaaferowani stawianiem diagnozy, że nawet nie zauważyli, kiedy mała weszła do pokoju. Następnego dnia wybrali się do Gdańska , pociągiem, przedział pełen ludzi, a Nicolka zaczyna wiercić dziurę w brzuchu tatusiowi. Tatuś kategorycznie odmawia spełnienia zachcianki córki, nie tracąc rezonu. Nagle mała zniża głos do szeptu i cedzi przez zęby: jeśli natychmiast mi tego nie dasz, powiem wszystkim, że masz hemoroidy.
Podobnie było kiedyś z Amelką. Pamiętam, jak którejś zimy była u moich rodziców.

Miała wtedy chyba z 5 lat.
Rodzice akurat mieli gości, tych z tzw. wyższej półki. Najspokojniej w świecie, niczego nie podejrzewając prowadzili ożywioną i mocno ambitną dyskusję, w tle telewizor, na ekranie jakiś facet z rozkwaszonym nosem, z którego krew tryskała niczym woda w gorących źródłach.
I wtem, niespodziewanie, słychać głos Amelki:

” O, patrzcie. Tatuś też tak zrobił mamusi jak byliśmy w górach. Mama była cała we krwi. I śnieg też zrobił się różowy”.

Moja mama oniemiała, goście taktownie udali, że nie dosłyszeli i usiłowali rozpaczliwie zmienić temat, a mojemu ojcu nabrzmiały żyły na szyi.

Amelka pojechała z moją mamą do stolicy. Powinnam powiedzieć: stolycy. Z takim praskim akcentem. Tak w ramach ukulturalniania oraz pokazania biednemu dziecku z prowincji- prawdziwego miasta europejskiego.
Wsadziłam je do pociągu , wyrecytowałam całą listę nakazów i zakazów oraz wyliczyłam na palcach liczbę niebezpieczeństw jakie na nie czyhają i z żalem pozwoliłam zawiadowcy odgwizdać odjazd.
Za dwie godziny Amelka zagrzała moją komórkę do czerwoności, a ja zanim odebrałam, zdążyłam już wyobrazić sobie całą masę tragedii różnej maści jakie je spotkały. Bo inaczej nie dzwoniła by jak do pożaru, prawda?

Z sercem w gardle odebrałam telefon:

– Mamo, mamo– zaterkotała pełna entuzjazmu Amelka- mamo, wiesz kogo spotkałam na dworcu w Warszawie?

Zapowietrzyłam się już żeby błysnąć intelektem, ale wobec jej nieopanowanego potoku słów nie miałam szans.

— Grzegorza Ciechowskiego. I zrobiłam sobie a nim zdjęcie.!!!!

—Amelko, to jest raczej niemożliwe.

– A dlaczego?- Amelka była uparta.

- Ponieważ on nie żyje. Dość ciężko jest spotkać nieboszczyka i zrobić sobie z nim zdjęcie, na dodatek.

- No chyba, że się ktoś już bardzo uprze- wtrąciła mama.

– Nie żyje?- drążyła moja latorośl- A, to był chyba Markowski. Też Grzegorz.

I wyglądał na bardzo żywego.

Bardzo żywy Markowski Grzegorz udawał się na peron, ale mocno utrudniali mu to fani, którzy zaczęli się wokół niego kłębić. W pewnej chwili pan Markowski , patrząc na zegarek , bardzo żywo, o jakże żywo ,krzyknął:

– Kurwa, ludzie, przepraszam, za minutę mam pociąg!

I pognał na ruchome schody.

Moja mama w pierwszej chwili , gdy Amelka wyrwała się jej z okrzykiem;

– Babciu, babciu, zobacz!!!!!!—wskazując paluchem na Markowskiego Grzegorza,
powiedziała: dziecko, zostaw tego bezdomnego w spokoju.
Pewnie dlatego ,że zmyliły ją te długie włosy.

Całe szczęście że trafiła na Markowskiego. Swoją drogą, skąd ona wiedziała , kto to jest? I jak go rozpoznała? To zdaje się artysta mojego pokolenia. I tak nieźle trafiła. Jak ja byłam w jej wieku i zwiedzałam Warszawę spotkałam pana Himilsbacha w stanie wskazującym na spożycie . Ledwie łapał pion z tego wyczerpania , ale autograf dziecku dał. Do dziś dnia bardzo mile go wspominam. Powiedział coś w stylu:

– „Dziecko, pamiętaj, że nie zawsze stan, w jakim znajduje się w danej chwili człowiek( chyba chodziło mu o stan upojenia alkoholowego) świadczy o tym człowieku źle.

Nie oznacza, że on jest zły. Ma po prostu gorszy dzień. Nie wolno oceniać ludzi na podstawie ich słabości”.

Tak jakoś to zapamiętałam. Miałam z jakieś 10 lat, ale utkwiło mi to w pamięci.

– Amelciu, a czy widziałaś już Pałac Kultury i Nauki?

W tle dochodziły mnie szamotaniny.

– Tak- mama przejęła po krótkiej walce telefon- widziała. Pierwsze pytanie, jakie skierowała do portiera brzmiało:
„ Przepraszam, czy przychodzi tu ktoś sławny?”

- Sławny?- zasępił się portier- ostatnio była tu Manuela Michalak z Big Brothera.

No, jeśli to oznacza dzisiaj sławę, to ja wolę być incognito.

– Mamo- co dzisiaj robiłyście? - zaryzykowałam pytanie w nadziei na jakąś ambitną odpowiedź, np. jadłyśmy lunch z prezydentem.

– Jeździłyśmy metrem , w tą i z powrotem. Wiesz jak fajnie było?

Jezu, załamałam się zupełnie. Wysyłam dziecko na wycieczkę kulturalną do stolicy po to by jeździło metrem???

– Amelko ,powinnyście pójść obejrzeć Łazienki- podrzuciłam plan zwiedzania.

– Mama, no co ty? Wiesz jakie ja łazienki w życiu widziałam!!!!

No tak. W obecnej sytuacji zacznę chyba rozważać skok z okna.

Choć powiało optymizmem, bo wieczorem wybierają się do opery. Podejrzewam, ze zamiast patrzeć na balet, Amelka będzie tropiła jakieś znane z TV twarze.
Po operze idą na jakiś bankiet ze znajomą, która wzięła je na przechowanie w Warszawie i opiekuje się nimi. Włosy mi stanęły dęba jak się o tym dowiedziałam. Moja córka i bankiet. Szwedzki stół.
Nałoży sobie na talerz tyle jedzenia, że będzie się z niego wysypywało a najgorsze , że to wszystko zje.

Kiedy ostatni byłyśmy w Pizza Hut i wykupiłam jej barek sałatkowy dokonała niemożliwego nakładając sobie stos jedzenia do małych miseczek. Po tym, co zobaczyłam, za nim oczywiście schowałam się ze wstydu w toalecie- stwierdzam, że Zygmunt Chajzer mógłby przydzielić mojej córce niejedno trudne zadanie w „Chwili prawdy”.

Następnie bez odrobiny skrępowania uda się po następną porcję, następną i następną.
Moje dziecko je jakby miało tasiemca. Zazdroszczę jej tego, bo je, a nie tyje skubana.

Ok.. Dziecko było gwiazdą wieczoru. Goście w smokingach i muchach, panie w sukniach bez pleców.

Potrawy, których mama nie dość , że nawet nie potrafiła nazwać to nie wiedziała czym się to je.

A w dodatku wykonała klasyczny piruet na środku kuchni, ponieważ nie zauważyła
( pewnie z tego podniecenia),że kuchnia jest dwupoziomowa.
Ogólnie sami swoi: ten ma w swojej posiadłości kort tenisowy, tamten basen a trzeci znowu pole golfowe. Gospodyni domu posiada trzy kuchnie i trzy osoby z pomocy domowej na etacie. I co z tego? Ja mam w kuchni pełno moli, a oni nie.
Amelka brylowała na parkiecie niczym córka prezydenta, zabawiając gości rozmową.
I opowieściami różnej maści. Między innymi o tym jak nasz kot upolował w domu mysz.

– O Boże!- pani z dekoltem do pępka potrząsnęła z obrzydzeniem ufryzowaną głową a jej zwisające do ramion kolczyki zagrały brylantowymi szkiełkami

.– A skąd się ta mysz wzięła w domu?

Mama, wypluwając pospiesznie na talerz sałatkę z łososia ratowała sytuację:

– No jak to skąd? Jak się otwiera drzwi, to z pola wbiegają.

Jednocześnie modliła się , żeby przypadkiem Amelka nie zaczęła opowiadać o wszystkich zjedzonych z trzech szuflad przez myszy przyprawach .
Na szczęście pominęła ten drobny szczegół.
Ciekawe, czy gdyby nie pominęła, mama na pytanie pani z dekoltem do pępka:

–O Boże, a skąd się ta mysz wzięła w szufladzie?

odpowiedziała by zapewne:

– No jak to skąd? Jak się otwiera szuflady, to wbiegają.
Następnie 30 osób w smokingach ochało i achało :

– Och, jakie to elokwentne dziecko!

– Ach, a jakie mądre!

– Ojej, jakie wykształcone.
( nio tak, całe dwie klasy podstawówki)

– I języki obce zna! Proszę, proszę , w jej wieku?

–Na skrzypcach grasz? Co ty powiesz? Śpiewasz? To może coś zaśpiewasz?

I stało się. Zaśpiewała, zatańczyła i skończyła o 5 rano.

O tak, dziecko jest idealne! Gdyby usłyszały, jak ten chodzący ideał dyskutuje ze swoimi rówieśnikami na podwórku, padły by trupem prosto na sofę a la Ludwig XVI.
Podsłuchałam Amelkę ostatnio. Przycupnęłam na tarasie, gdy rozpoczęła się bardzo pouczająca wymiana zdań pomiędzy Amelką a dziećmi sąsiadów. Starszy syn sąsiada , najwyraźniej bolał go palec środkowy, bo pokazał go w wymownym geście Amelce.
Już się zagotowałam. Już miałam się zdekonspirować, ale zaczepiłam się stringami o ruszt od grila. Chwilę potrwało, zanim się zdołałam odczepić, niestety nie bez pewnych strat. Stringów nie da się naprawić, a ruszt od grilla nieco się wygiął bo straszliwie się szamotałam. Pozostało na nim także troszkę moich włosów, bo musiałam się nachylić, żeby wyplątać majtki z rusztu no i zaplątały mi się włosy. Kiedy wyszłam z tarasu z zobaczyłam się w lustrze, wyglądałam jak Czarownica z Eastweek- rozczochrana i usmarowana węglem drzewnym.
A to gnojek jeden! Miałam interweniować, gdy nagle usłyszałam donośny głos mojej córki, zwracającej się do kolegi pokazującego jej palec, z angielskiego, nie tłumacząc: Fuck You!:

Amelka, nie zrażona:

– Wiesz co? Palec pedała na mnie nie działa!

Innym razem usłyszałam nieco inną przypowieść. Jakoś tak mniej więcej leciało:

„ jedzie ci z pyska jak z dupy Tygryska”.

Cóż. Pięknie. Widzę, że moja interwencja jest zbyteczna, przynajmniej w tym kierunku, o jakim myślałam. Zamiast ratować własne dziecko, powinnam pomagać innym.
Generalnie to dobrze, że nie interweniowałam, bo mogłabym przestraszyć dzieci.

Ostatnie trzy dni przeżyłam na koszt naszego ukochanego państwa. żywił mnie Szpital Wojewódzki, a konkretnie Oddział Chirurgii.

Nie powiem, jedzono przednie, tylko te pobudki o piątej rano nieco zakłócały mój wypoczynek.

Nie ma mowy o spaniu, gdy do sali wtacza się salowa ciągnąc za sobą wiadro z mopem.

Gdyby nie to oraz fakt, że moje sumienie nie pozwoliło mi na dalsze okłamywanie całego personelu medycznego, zostałabym dłużej.

Głupio tak trochę za każdym razem, gdy pojawiał się na obchodzie nowy lekarz odpowiadać na pytanie” w jakich okolicznościach powstał uraz głowy”, - spadłam ze schodów w nocy gdy szłam do toalety.
Tym bardziej, że nikt w to nie wierzył, zważywszy, że innych obrażeń, typu siniaki, otarcia na ciele, nie miałam.

Służba zdrowia zafundowała mi gratisową sesję zdjęciową- z profila i ou fas oraz przy okazji prześwietlono mi odcinek szyjny kręgosłupa.

Żadnych niepokojących zmian nie było, wobec czego postanowiłam udać się do domu.

Niestety, lekarz prowadzący był innego zdania i namiętnie przysyłał mi codziennie
( nie, niestety nie kwiaty) neurologa.
Ten kazał mi wyczyniać różne śmieszne sztuczki- zbliżone do tych, które muszą wykonywać podpici kierowcy.
Stań na baczność. Zamknij oczy. Prawą ręką dotknij czubka nosa. Teraz lewą to samo.
Rozłóż ręce na boki i przejdź prosto kilka kroków.
A teraz się połóż. Młoteczkiem w kowadełko- pac!
Dotknij brodą klatki piersiowej.
Na koniec jeszcze połaskoczą ci stopy i orzekną, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem postępów jakie poczyniła współczesna medycyna, począwszy od czasów gdy chodziliśmy mocno zgarbieni trzymając w rękach maczugę.

Tomograf komputerowy , zwany fachowo CT, nie jest urządzeniem, które należy wykorzystywać w przypadku podejrzenia stłuczenia mózgu.

Wystarczy kilka prostych ćwiczeń, znanych nawet przeszkolonym policjantom z drogówki i od razu budżet służby zdrowia ma się lepiej.

Natchniona optymizmem, że gdy będę miała raka mózgu, to się o tym przed śmiercią nie dowiem, bo przecież badanie CT głowy jest kosztowne i jeśli nie mam raka piersi i nie grozi mi przerzut do płuc, to użycie tomografu jest zbędne. No, chyba, że się zapłaci pięć stówek.

Odwiedził mnie w szpitalu mój mąż, który widząc mnie na sali, w łóżku, miał w oczach zdumienie całego świata i nawet spytał, co ja tam robię. Dlaczego nie jestem zdziwiona?. Co ja tu robię? Schodzę z kosztów, odciążam budżet domowy. Bardzo ekonomicznie byłoby dostać manto częściej . Ale mu tego nie powiem, bo jeszcze gotów wziąć to na serio.
Podobno nie pamiętał, że autorem mojego mechanicznego urazu jest właśnie on.
Miałam głowę jak biurko, guz na guzie, kark sztywny jak Maria Stuart, a on, biedaczek, nie wie dlaczego.

Nie będę sobie tym głowy zaprzątać. Póki co, jeszcze żyję, tak łatwo się mnie nie pozbędzie, twarda sztuka ze mnie.
Polska to nie Stany i tu nic nikogo nie obchodzi. Co ja gadam? Jakie Stany? To nawet nie Leśna Góra, gdzie przewrażliwi lekarze zwracają uwagę na najdrobniejsze zadrapanie pacjenta, który leży na zapalnie płuc.

Sama na męża nie doniosłam, bo i po co? Nie można przecież donosić na kogoś , kogo się kocha. W sumie to dobry facet.

Nio. To jestem już w domu i po raz stutysięczny zastanawiam się co mam ze zrobić ze swoim życiem.
I po raz stutysięczny nie jestem w stanie zrobić, cholera jasna, nic.

Zastraszająco szybko zaczynam tracić do siebie szacunek.

Wstałam wczesnym rankiem i zakradłam się na strych, bo mi się przypomniało, że w nocy zostawiłam tam pusty słoik po Nutelli, którą byłam uprzejma skonsumować w ramach dokarmiania mojego nienarodzonego dziecka oraz odchudzania się. Pomyślałam sobie, ze skoro nie mam okresu to na pewno jestem w ciąży więc mogę, a nawet muszę dostarczyć maleństwu magnezu, który jest w czekoladzie. Zżarłam tę Nutellę paluchem, a gdy już nie mogłam dosięgnąć dna, to wygrzebywałam ją długopisem. Później wsunęłam pusty słoik pod kanapę. No i rano musiałam usunąć kompromitujące dowody mojego łakomstwa.. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że słoik był prawie pusty, zanim się do niego dobrałam. Co nie zmienia, bo cały też potrafię zjeść.
Następnie poszłam do łazienki, a tam stwierdziłam, że niestety nie będę matką.
Mój okres był uprzejmy mnie odwiedzić. O kurza twarz! Po co ja żarłam tę Nutellę? Teraz będę się musiała dwa dni odchudzać, żeby pozbyć się tych kalorii.

Teraz biję się z myślą, czy się zważyć .Oto jest pytanie. Głód na świecie, wojny, kataklizmy, a ja mam problem!
Jak się zważę i będzie za dużo, to mogę to zgonić na mój okres- wiadomo- wtedy zawsze jest więcej.
Ale jak się nie zważę będę żyła w błogiej nieświadomości i za dwa dni miło się zdziwię.

Albo i nie. Tak więc, dręczona hamletowskim pytaniem: Zważyć się? Nie zważyć się ? dzielnie podążam do łazienki. Żeby cała Ludzkość miała tylko takie dylematy!

Zadowolona z faktu, że nie przytyłam, rzuciłam się na butelkę Martini i paczkę krakersów. Całkiem miło zaczyna się sobota. Nienawidzę wekendów, bo wtedy nie widuję się Wymyślonym. Więc najlepszym sposobem na przeżycie jakoś tych dwóch koszmarnych dni jest spożywanie trunków w celu doprowadzenia do upojenia alkoholowego co , w moim przypadku nie jest rzeczą trudną i nie wymaga wielkich nakładów czasu oraz „ surowca”. Dwie- trzy lampki i gotowe. Kiedyś pobiłam swój własny rekord i przewróciłam się po jednym kieliszku wódki. Bols o smaku owoców leśnych.
.

Wróciłam z urodzin mojej mamy, które odbywały się u mojej babci.
Uroczo. Mniej więcej, pomiędzy tortem a ciastem ze śliwkami rozpoczęła się ,zapewne mająca na celu wspomożenie apetytu , dyskusja o rozmaitych chorobach,
które dręczą moją rodzinę. A zaczęło się niewinnie. Amelka postanowiła umalować swojej prababci paznokcie i wtedy się wydało, że babcia ma jeden palec inny niż pozostałe. I to wystarczyło. A dlaczego ten palec jest taki?

No a dlatego moje dziecko, że: ” kiedyś kupowałam róże i ukłułam się kolcem w palec. I palec zaczął się paprać, ropa lała się strumieniami, wdał się gronkowiec, martwica , skrobali mi i cięli. Dlatego wygląda jak wygląda”- wyrecytowała pięknie babcia unosząc z dumą do góry obiekt opowieści.

Dwudziestominutowa mrożąca krew w żyłach opowieść dobiegła końca, zapanowała cisza, a Amelka zrobiła zmartwioną minę, podrapała się po głowie i spytała:

–” Ile kosztowały te róże?”

Na to mój dziadek, najwyraźniej zaniepokojony słabnącym zainteresowaniem jego osobą, wyskoczył z opowiastką, jak to w zeszłym tygodniu zaczął mu schodzić paznokieć z palca u nogi. Nie szczędził nam szczegółów lejącej się ciurkiem ropy i tym podobnych.

Zatrzęsło mnie od nadmiaru wrażeń. Widelec z kawałkiem pysznego tortu znieruchomiał nad stołem. Ale jeszcze spokój. W telewizji akurat puszczali film o szpitalu. Na to wszystko mama, radośnie obwieściła, że tata nareszcie zlikwidował sobie ból, jaki miał w kciuku./ Co on z tymi palcami, jak Boga kocham?/.Potem babcia wyjechała z artretyzmem, a dziadek, rzuciwszy okiem za okno ,entuzjastycznie krzyknął, że właśnie dwa dni temu zauważył, że tuż obok jezdni, na trawniku stoi krzyż i płoną znicze, no to chyba tu musiał kogoś samochód przejechać, i jak on mógł to przegapić., ale sąsiad mu powiedział, jak rano szedł po mleko- nie ustaliłam, który z nich szedł- sąsiad czy dziadek- pewnie obaj i spotkali się przy kiosku z gazetami, że człowiekowi głowę urwało i długo jej szukali w pobliskich krzakach przez dwie godziny. Nie wiadomo czy znaleźli.

- A może byśmy , Zuzanko, poszli poszukać?- padła nęcąca propozycja

– Dziadziusiu, może kiedy indziej. Jeśli tam leży to raczej nigdzie nie pójdzie- perspektywa poszukiwań głowy przyspieszyła moją decyzję o powrocie do domu, ale chciałam wypić strzemiennego.

Czując, że już nie pojem, postanowiłam co wypić. Było tylko wino.
I dobrze. Bycza krew. Może zapiję te wątpliwe wrażenia. Coś to winko podejrzanie słodkie. Zamiast wytrawne. Pytam więc, co to jest. Babcia na to, że Bycza krew, ale ją osłodziła.
Urodziny były super. Nic nie zjadłam, nie wypiłam, a w nocy na pewno przyśnią mi się palce rąk i nóg mojej rodziny rozjechane przez autobus, oraz leżąca w krzakach głowa..
Nie ma jak udane niedzielne popołudnie.
Ale miłe momenty też były . Dziadek się bardzo ucieszył z książki z autografem przyszłego premiera i przez cały wieczór chodził z szalikiem SLD na szyi.
Kochany komunista . Wzruszył się. Poważnie. Partia to jego życie.
Kocham mojego dziadka.

Najbardziej za to, że gdy babcia tłumaczy mu coś pół godziny, a on cały ten czas przytakuje za zrozumieniem, a na koniec zapytany przez podejrzliwą i przewidującą babcię czy słyszał, co mówiła, z rozbrajającą szczerością odpowiada, że NIE.

W ramach pielęgnowania więzów rodzinnych odwiedziłam rodziców.
Aż dziw bierze, że od kiedy wyszłam za mąż i wyfrunęłam z rodzinnego gniazdka , widuję ich częściej niż w czasach gdy z nimi mieszkałam. I lepiej się dogadujemy. Ja traktuję ich jak najlepszych znajomych, a oni martwią się o mnie tak, jakbym miała dwanaście lat. Muszę się codziennie meldować przez telefon, a jak nie daj Boże, nie zadzwonię, to na drugi dzień odbieram alarmujące telefony od roztrzęsionej mamy i wpienionego ojca..Sprawdzają, czy jeszcze żyję.

Dzisiaj, ledwo zdążyłam przekroczyć próg domu rodziców, mój szalony ojciec radośnie zawołał:

– Zuzka! Czy ty wiesz, że mam coraz częstsze wzwody?”

– Gratuluję! Masz to znaczy, ze masz teraz raz w miesiącu? — spytałam zjadliwie i uciekłam.

O, w mordę! Nie tato, nie podawali tego w głównym wydaniu wiadomości, więc nie wiem.
Jasna cholera, przecież to absolutna patologia.

Na I Komunie Świętą podarowali Amelii między innymi Wielką Encyklopedię PWN.
Mój tata na pierwszej stronie, napisał dedykację:

„ Kochanej Amelce od babci i dziadka.

P.S. bardzo ważne.

Jeżeli zapamiętasz znaczenie haseł zawartych w tej księdze, nie będziesz musiała w przyszłości trudnić się lichwiarstwem ani likwidowaniem zbędnych na tej Ziemi śmieci”.

Może nawet mogłabym go oskarżyć o molestowanie seksualne.
Za te wzwody i opowieści o miłości francuskiej. Powinnam kazać go aresztować. Zdecydowanie.

Zadzwoniła do mnie zaryczana Ewka i powiedziała , że kot jej umiera.
Jechałam jak do pożaru. Nie zdążyłam. Umarł. Zastanawiające, że bardziej wzrusza mnie los zwierząt niż ludzi. Kupiłam piwo i dwie bombonierki na pocieszenie, a kotek leżał nieżywy w pudełku po butach. Piłyśmy za spokój jego duszy. Za godzinę przyszła Agnieszka- kolejna pocieszycielka. Przyniosła butelczynę.
Za kolejną godzinę przyjechał tata Ewki w celu zabrania zwłok umarniętego kota.
Nie przyniósł butelczyny, lecz reklamówkę na kotka. Wszystkie już byłyśmy nieźle wstawione , a w szczególności moja Amelka i coraz bardziej zrozpaczone.

Z wyjątkiem Amelki, bo ona upiła się piwem jabłkowym na wesoło.

Jak tata zabierał trupka, zawyłyśmy jak syreny alarmowe. Rozpaczałyśmy tak , jak cały naród po śmierci Stalina, z tą różnicą, że nasz smutek był prawdziwy.

Plaga jakaś. Czarna seria. Ledwie postawiłam nogę za progiem mieszkania, usłyszałam dzwonek telefonu.
Gdy już udało mi się zlokalizować źródło dźwięku, czyli słuchawkę, akurat przestał dzwonić.

—Profilaktycznie poczekam- myśle pragmatycznie.
Dzwoni. Odbieram.

— Cześć To ja. Kasia.

– No słyszę. A tak na przyszłość ,to wiedz, nie musisz się przedstawiać.
Znam twój głos od 25 lat.
Chociaż przyznam, że dzisiaj brzmisz nieco inaczej. Stało się coś?

– Tak. Coś okropnego. Hitler nie żyje!!!—wydusiła z siebie Kaśka i rozbeczała się.
O kurdę! Nie jest dobrze. Rany Boskie, a myślałam, że to ja potrzebuję lekarza.
Cholera! Co robić. Dobra. Wybadam grunt.

– Kasiu—mówię pojednawczo anielskim głosem, takim, jakim gadają psychiatrzy do swoich pacjentów- a kiedy się o tym dowiedziałaś?

— Dzisiaj.

— Aha… I naprawdę wcześniej nikt ci nie powiedział? Nie czytałaś nigdzie?
Nie obiło ci się o uszy? Przecież to jednak, było nie było, dosyć znany osobnik.

Ładne rzeczy. Mówię: „ osobnik”, żeby nie powiedzieć „ człowiek”.

— A gdzie miałam czytać? – trochę przytomnieje Kasia.

— No jak to, gdzie? W książkach historycznych. Mało to o tym pisali?
W radiu o tym mówili, w telewizji. I nawet pełno tego w Internecie.

Tragicznie, tragicznie. Ratunku. Co robić. Ona ma kompletną śrubę . Jak można nie wiedzieć, że Hitler nie żyje. Przecież on nie żyje od ponad sześćdziesięciu lat!

No tak, ale nadal muszę być ostrożna. Przecież to moja przyjaciółka.

—- Nie gadaj Zuza! W radiu mówili? I w telewizji? I nawet w Internecie?
Jak to możliwe? A skąd się dowiedzieli?

—- Słuchaj, przecież o tym wiedzą wszyscy na świecie.

— Wszyscy? A jakim cudem ? Przecież to się stało dzisiaj rano.

— Kasiu, może to cię zdziwi, ale Hitler umarł prawie sześćdziesiąt lat temu.
A nie dzisiaj rano.

—- Chyba ja wiem lepiej.—lekko obruszyła się Kasia.

Oczywiście. Ona wie lepiej. Lepiej to ja zaraz do niej pojadę, zanim będzie za późno.

— Kasiu, a w ogóle to dlaczego ty się tym tak przejęłaś?

— Jak to dlaczego? Przecież to Jarka ukochany!

Poddaję się. Wydaje ci się człowieku, że znasz kogoś na wylot, a tu taka niespodzianka!
Zawsze podejrzewałam, że Jarek nie jest zupełnie normalny, kto zresztą jest, ale żeby kochał się potajemnie w Adolfie?

— I dlaczego twierdzisz, ze Hitler umarł dzisiaj rano?

— Chyba ja wiem lepiej. Na rękach mi umierał.

— Hitler? Umierał na Twoich rekach?

( łapię za komórkę i dzwonię na Pogotowie)( po chwili zmieniam zdanie w obawie przed Pavulonem).

— No, mówię Ci. Taki malutki był. I bezradny.

Fakt, podobno nie był zbyt wysoki. I taki jakiś chucherkowaty. Wątły i chorowity.
Ale żeby od razu bezradny? Raczej nie.

— Oooo, od razu bezradny! A ilu ludzi zagazował?

— Kto zagazował?

– Jak to kto? Ten twój Hitler!

– Oszalałaś chyba. Jak maleńki kanarek mógł kogokolwiek zagazować?

—Jaki kanarek? O czym ty mówisz?

— A ty? Bo ja o kanarku Jarka. Mówiłam ci przecież , że Hitler nie żyje.

O rany! Zapomniałam na śmierć, że oni mają kanarka Hitler.
Czyli jednak nic jej nie jest. Jak się cieszę!

Pan Bóg mnie skarał. . Postanowiłam kontynuować tradycję rodzinną w trzecim pokoleniu linii żeńskiej i zachorowałam. Mam nowotwór. Piersi. To teraz mam jak w banku, że jak mi się przerzuci do mózgu, to umrę w błogiej nieświadomości mojego stanu. A chęć zmiany programu w telewizorze telefonem komórkowym wytłumaczę sobie zwyczajnym roztargnieniem.

Los wywinął mi numer i obdarował guzem wielkości śliwki.
- Proszę pani- przemówiła do mnie uroczyście pani doktor, która robiła mi USG.
Ma pani guz wielkości śliwki.
A ja, lubiąc jasne sytuacje, spytałam:
– Może pani sprecyzować o jaką konkretnie śliwkę chodzi? Do wyboru mam: węgierka, łowicka, ulena, mirabelka.
Okazało się, że mirabelka.. Niedojrzała mirabelka.

Paweł, mój onkolog, powiedział, że tak mi wytnie, że nie będzie śladu i będę mogła robić striptiz.
Chyba się załamałam. Nie wiem jak się czuję.
Nie mogę sobie przypomnieć kiedy otworzyłam Puszkę Pandory.

Wczoraj, gdy jechaliśmy z Wymyślonym samochodem, on zapytał , o której się spotkamy. Ja na to, że nie wiem, bo jadę na badania do szpitala. Wymyślony: zadzwonię za godzinę.

Pytam go, po co? Przecież mnie nie kocha. I ja już dlatego nie mogę się z nim spotykać.

Wymyślony:
— Jezus Maria! Kiedy wreszcie dostaniesz ten okres, bo już nie wytrzymuję tego marudzenia.
Ja mu na to, że nie zadzwonię.
Stajemy na światłach. On mówi:
— Dziewczyno, jaka ty jesteś głupia
, otwiera drzwi i wysiada na skrzyżowaniu.
Łzy jak grochy płyną mi po twarzy, ale jestem twarda. Zabójczym wzrokiem wpatruję się w moją komórkę i walczę ze sobą żeby natychmiast do niego nie zadzwonić. Jadę do tego cholernego szpitala. Pik, pik- masz wiadomość.

Czytam, próbując się nie wjechać w tramwaj :
“Bo się bardzo martwię się o Ciebie”.
Odnotowuję kolejny postęp w ilości znaków w tekście SMS-a.

Ten dzisiejszy to prawdziwy rekord. Serce mam jak kamień. Piszę bezczelnie :
– Dlaczego?
Pewnie, nie ma lekko. Niech wie, jak to boli. Niech się trochę wysili, wytłumaczy.
Pik, pik, znowu wiadomość: ” Bo mi na Tobie zależy”.

O nie, mój kochany. Tak łatwo to ci nie pójdzie. Piszę:” Nie potrzebuję litości lecz miłości. A tego mi nie możesz dać. Więc sam rozumiesz. Kocham Cię.”

Cóż za wyrachowanie z mojej strony. Czysta perfidia. I wyłączyłam telefon. Niech się pomęczy.

Po godzinie wychodziłam ze szpitala z wynikami badań i wstępnie ustalonym terminem operacji.

Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że jadę do domu.
Zrobiłam sobie kąpiel , wydoiłam butelkę piwa i pół butelki wina i owinięta w ręcznik położyłam się do łóżka. Wymyślony przyjechał po dwudziestu minutach. Leżałam lekko zamroczona alkoholem i wynikami.

Oczyma wyobraźni widziałam siebie z jednym cyckiem. Lubię panikować.
Śmiech warte- bogini seksu z jednym cyckiem.

Rozebrał się i bez słowa położył obok mnie, mocno przyciągając mnie do siebie. I jak już mnie o mało nie udusił, przytulając, zapytał , co się dzieje. A mnie tylko łezka za łezką. Na podusię, kap, kap.
Wymyślony: jest aż tak źle? Nie wiem czy jest źle. Dopóki się tego gówna nie wytnie i nie zbada, niewiadomo jak jest. Podobno nie jest źle. Na oko.
A po operacji budzisz się bez piersi. Koszmar. Wolałabym umrzeć.
I żadnej chemioterapii. Włosy mi będę wychodziły garściami.
Łysa bogini seksu po mastektomii.

Kochaliśmy się po cichutku, delikatnie, spokojnie.
. Cały czas powtarzał, że jest i będzie przy mnie. I ze mną.

I we mnie.
Ale nie powiedział, że mnie kocha. Skubany. Tylko mówił, że jestem gupia. Gupia, gupia, gupia jesteś.

Dzisiaj znowu powiedziałam, że powinniśmy się rozstać. A on na to, że na pewno polubi tę moją bliznę, której i tak nie będzie widać. I może będzie działała na niego jak afrodyzjak.

I żebym przestała marudzić. Bo rzuci we mnie twarożkiem. Wariat, strzelił serkiem
z widelca jak z procy . We mnie. A później mnie czyścił w łazience.
Podobno wyzwalam w nim agresję.

Później spytał, czy rozstałabym się z nim, gdyby miał tylko jedno jajko. Albo był impotentem. Kocham go. Za to, że tak bardzo nie pozwala mi odejść.
Zapytał, dlaczego nie zrobię sobie tablicy rejestracyjnej do samochodu z moim imieniem.

Ja na to, że może być tylko pięć znaków i moje imię
się nie zmieści. Wymyślony : zmieści - Zuzuś. Akurat pięć

* * *

Moją metodą walki z nowotworem stało się nadużywanie słowa: nowotwór.
Najpierw nie chciało mi przejść przez gardło. Teraz powtarzam je jak mantrę.
Delektuję się nim. Rozsyłam znajomym informacje o mojej chorobie w tonie żartobliwym, pisząc:
- Cześć. Mam raka.
jakbym mówiła:
“Cześć, wiesz katar mam”

Wiem co robię. zrzucam na moich przyjaciół część mojego bólu. Stosuję swoistą psychoterapię. To nie w porządku wobec nich. Nie wszystkim mówię. Ci, przed którymi to ukrywam, chyba nie są moimi przyjaciółmi.

Koleżanka w odpowiedzi na mój Sms, napisała:

„ Jeśli w tym sezonie jest branie na Amazonki, to ja też w to wchodzę”..

Już po wszystkim. Wróciłam ze szpitala kompletna absolutnie. No, może troszkę uszczuplona, jeśliby wziąć pod uwagę , to, co wyjęli mi z piersi.
Zawsze podejrzewałam, że jestem niebanalna, ale zaskoczyłam samą siebie swoją oryginalnością.

Po pierwsze:
— po zaaplikowaniu mi super odlotowego Jasia, zwanego potocznie Głupim
( jak się okazało- nie bezpodstawnie) odgrażałam się, leżąc na stole operacyjnym, że jeśli odetną mi pierś, ja w ramach rewanżu poucinam lekarzom jajka.

Owe groźby rzucałam leżąc nago na stole. Dosłyszeli to lekarze obecni na bloku operacyjnym, lecz ukryci na zapleczu. Paweł wraca po chwili i mówi:

— Słuchaj, koledzy pytają, czy nie mogłabyś odgryźć, zamiast ucinać.

— Przemyślę, jak się obudzę. W tej chwili mogę jedynie zatańczyć dla was na rurze.
Paweł rozejrzał się bezradnie po Sali operacyjnej poszukując jakiejś rury i radośnie wykrzyknął:

— O! Wprawdzie nie mamy rury, ale jest stojak na kroplówki. Może być?

Usnęłam.

Po drugie:

— gdy po przebudzeniu z narkozy zlazłam z łóżka, o mało nie wywinęłam orzełka, zaplątawszy się perfekcyjnie w gumowe rurki, które, jak następnie ustaliłam w łazience, łączyły moją pierś z woreczkiem plastikowym.

Po trzecie:

— okazało się, że operacja, która miała być zabiegiem kosmetycznym, trwała 2 godziny, ponieważ lekarze walczyli z OBCYM, To, że zachowałam pierś w całości/ powiedzmy/, zawdzięczam strachowi pana doktora przed wykastrowaniem .

Następnego dnia na obchodzie chciałam wpełznąć pod łóżko.

Do mojego pokoju przyszli wszyscy panowie obecni na bloku. Dziwnie się uśmiechali i szeptali między sobą.
Kiedy ordynator wyszedł, Paweł rzucił mi do ucha:
– Koledzy pytają, czy przemyślałaś swoje groźby.

– Trzeba mi było amputować pierś. Teraz możecie sobie pomarzyć.

Aktualnie rozczulam się nad sobą, a konkretnie swoimi nierównymi piersiami, w czym bardzo pomaga mi lustro oraz moja wypaczona psychika.
Szwy rwą jak cholera, nic nie pozwolili mi robić, ale ja mam to w nosie i zaraz wracam do pracy.

Może być ciężko, bo ręka faktycznie boli i ciężko wykonuje mi się pewne czynności.
Teraz 14 dni oczekiwania na wyrok. Wycinek poszedł do badania histopatologicznego.

* * *

Korzystając z przymusowego urlopu postanowiłam nadrobić zaległości serialowe, chociaż jestem przekonana, że nic nie straciłam, biorąc pod uwagę tempo akcji w rodzimych telenowelach. Nie rodzimych nie oglądam, chyba, że za karę. Kiedyś próbowałam i nawet mnie wciągnęło. Nowela była o kilku przyjaciółkach, które najpierw wspólnie ćpały i kłóciły się( jedna z nich była służącą w domu drugiej, ale później trafiła do filmu i najpierw zrobiła karierę, a później maturę). Podczas oglądania któregoś odcinka, kiedy właśnie niejaka Roksana- bogata psychicznie chora kobieta, porzucona przez swego kochanka, który okazał się w kolejnych odcinkach być jej przyrodnim bratem, którego ojcem był ksiądz, chciała oblać kwasem solnym siostrę owego kochanka- brata.
I w tym momencie zadzwoniła Kaśka.

– Zuza, słuchaj…

— Sorki, Kasiu, zadzwoń za pół godziny, teraz nie mogę rozmawiać- rzuciłam nerwowo do słuchawki

– A co robisz:?

– Film oglądam i właśnie za chwile Roksana obleje kwasem solnym Himenę.

– Odbiło ci? Argentyńskie nowele oglądasz?

– Nie odbiło, nie odbiło. I w ogóle nie argentyńskie tylko kolumbijskie. To ma aspekt socjologiczno- psychologiczny. Ojej, poczekaj, już otworzyła buteleczkę z tym kwasem. O o o. Kazała Himenie do siebie podejść. O rany, ależ jej się tusz rozmazał.

- Zuza…

– Patrz tylko! Do Roksany podbiegła Laura, Najeli i Ofelia, wiesz, ta co ma AIDS i teraz się szarpią. Ale numer! Roksana wylała ten kwas na siebie.

– No to ja zadzwonię za chwilę.

Ale to jeszcze nic. Pewnego dnia, gdy Wiarołomny wrócił z pracy, powiedziałam triumfalnie:

– Nareszcie! Sebastian nie żyje! Zastrzeliła go ta zresocjalizowana prostytutka, której on zabił matkę i którą zmuszał do sypiania z nim!

Poważnie tak było. Musiałam przeżywać wyjątkowo trudny okres w swoim życiu, jeśli wstawałam codziennie o 7 rano i czekałam na tę nowelę. Wstyd się przyznać.
Tak mnie wciągnęło.
Dobra. Żartowałam oczywiście.

Rodzimych tasiemców zresztą też nie oglądam, bo nie podoba mi się to całe polukrowane pokazane tam życie, które nijak się ma do rzeczywistości. W telenowelach wszyscy mówią do siebie:
‘ “ kochanie”, piją razem drinki i jedzą wspólne posiłki, całują się czule i wspierają wzajemnie.
W życiu zaś słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne, śmigają po pokojach jak rosyjskie Migi, ludzie mijają się w drzwiach, a dzieci przesiadują w parkach lub w najlepszym wypadku w szkolnych świetlicach.

Wzruszona do łez losem bohaterów noweli, której tytułu nie pamiętam, poczułam nieodpartą chęć bliższego poznania się z panem Johnym Walkerem, a że idąc za wzorcami z filmu nie chciałam zachowywać się jak prostak i pić z butelki, udałam się w tym celu do kuchni po odpowiednie szkło.

Jakież było moje zdziwienie, gdy w górnym hallu ujrzałam wychodzącą z mojej sypialni zupełnie obcą mi kobietę. Byłam w domu sama. Nie licząc starego, głuchego najwyraźniej psa. Kobieta, zobaczywszy mnie, zachowała daleko idący spokój, ja natomiast całkiem odwrotnie.

Zaczęłam wrzeszczeć jak opętana. Ilością decybeli pewnie przebiłam huk towarzyszący startowi samolotu.

Przy tym jeszcze próbowałam coś powiedzieć, ale zamiast tego zaczęłam się jąkać.
Na co pani, najwyraźniej mocno zirytowana moimi krzykami, bo nie przestraszona absolutnie, rzekła, ukazując uzębienie, którego widok uradowałby zapewne niejednego protetyka:

— I co się pani tak drze? Pani przestanie. W domu jest i nawet nie wie, że drzwi miała otwarte.

— I po co tak się drzeć?- zakończyła niczym niezrażona i wyszła.

A ja stałam jak oniemiała, poruszając ustami jak karp, czekając aż wróci mi głos. A później czucie w nogach.

Weszłam do sypialni, próbując zorientować się, co też mogło paść łupem pani złodziejki.
Na szczęście dla mnie, a niefart dla niej, nienajlepiej trafiła, wybierając sypialnię .
Mam w niej tylko łóżko i setki, setki książek. A pani raczej mi na bibliofila nie wyglądała. Twarz miała czystą, nieskażoną inteligencją w najmniejszym stopniu.
Trzej mężczyźni koili moje skołatane nerwy, a byli to: Johny Walter, Jack Daniels i Jim Birm. Prewencyjnie zmieniłam zamki oraz noszę się z zamiarem zakupienia psa, który by choć trochę słyszał.
Mój, jak się okazało, słyszy tylko trzeszczenie, towarzyszące otwieraniu lodówki.
Generalnie, nie mam w domu niczego cennego, poza mną samą, ale widocznie nie byłam w typie pani , która postanowiła uprzyjemnić mi wieczór, zupełnie gratis fundując mi przeżycia jak z taniego dreszczowca.

Kiedy wrócił mój wiarołomny mąż, opowiedziałam , a raczej wybełkotałam mu cała historię. Popatrzył na mnie tak jakoś dziwnie i poradził, żebym może więcej już nie piła. A poza tym, nie powinnam pić alkoholu, bo mi szwy nie będę trzymały.
Ale wymyślił: a na wojnie jak było? Tylko woda ognista na wszelkie rany - ducha i ciała.

Ręka boli potwornie, szwy ciągną niemiłosiernie, a wyników nadal nie ma.
Choć minęły już dwa tygodnie. Jestem dobrej myśli. Jeszcze.

Mówiłam, że wrócę szybko do pracy? I stało się. Tyle, że nieco inaczej niż sobie to wyobrażałam.
Musiałam wcześnie rano spotkać się z ważnym klientem , u niego w firmie, dodam, a zaspałam. Ubierałam się więc jak żołnierz na manewry- po ciemku, szybko i prawie nieprzytomna.

Jako element główny mego stroju przywdziałam kozaki, które weszły już do mojej garderoby jako stałe “wyposażenie’.
Już w samochodzie wydawało mi się, że coś śmierdzi. Niezidentyfikowanie.

Podczas spotkania niestety przykry zapach się wzmógł, a na dodatek, co stwierdziłam z prawdziwym przerażeniem- pochodził ode mnie.

Dyskretnie obwąchałam swoją bluzkę, spódnicy z oczywistych powodów nie mogłam. Może dałabym radę, gdybym chodziła na jogę?
W powietrzu unosiła się woń kocich sików, a pochodziła dokładnie z moich kozaków.
Do takich wniosków doszłam, gdy klient omawiał finansową stronę kontraktu.
On tu o milionach, a ja pochłonięta myślą, jak stąd natychmiast wyjść.

I czy ON też czuje ten smród.?
I czy wie, że to ode mnie?

Poprzez ten przykry zapaszek dzielnie przebijały się perfumy od Chanell, które ratowały mój kontrakt.
Bacznie obserwowałam klienta, a konkretnie jego nozdrza. Gdy zaczęły dziwnie drżeć, stwierdziłam, że należy zapobiec kompromitacji ostatecznej i jak gdyby nigdy nic , rzekłam dostojnie:

— Bardzo pana przepraszam, ale nalegam na zakończenie naszego spotkania.
Właśnie odkryłam, że któryś z moich kotów był uprzejmy obsikać mi kozaki, które aktualnie mam na sobie, w związku z czym, nasze dalsze rozmowy uważam za niemożliwe, z przyczyn zdrowotnych.
Skontaktuję się z panem, natychmiast po zmianie obuwia.
I wyszłam.

Za dwie godziny klient zadzwonił i zaprosił mnie na podpisanie umowy.
Poruszyłam go wywodem o zasikanych butach. Nie widzi powodu negocjowania kontraktu.

Obecna wersja bardzo mu odpowiada. Sam ma w domu dwie kotki, które podczas rui namiętnie obsikują mu buty, więc mnie rozumie.
Tak zintegrowana z klientem od razu poczułam się lepiej.

Dlaczego w życiu tak jest, że jak już poczujemy się odrobinę szczęśliwi, gdy zaczyna nam się w miarę układać, od razu ktoś niespodziewanie wali nas cegłą po głowie?

Dzwonił Paweł ze szpitala. Są wyniki..

Pytał gdzie teraz jestem i czy mogę przyjechać.
Mam przyjechać.
Dotarło do mnie, że ma mi coś do powiedzenia i z jakiegoś powodu nie chce tego zrobić przez telefon.

Powiedziałam:
–„ Paweł, mów natychmiast, inaczej zanim do ciebie dojadę umrę na zawał”.

–Dobrze. Jeśli jedziesz to się zatrzymaj.

Zrobiło mi się miękko.

– Guz był złośliwy. Czekam na ciebie, Zuzanko.

. Nie teraz, gdy mam motyle w brzuchu. Nie teraz, gdy w żyłach krąży tlenek azotu, który powoduje przyspieszony oddech gdy jestem z mężczyzną. Gdy mnie dotyka, czuję, że kurczą mi się mięśnie Kegla. Mam wypieki na twarzy. Serce bije jak oszalałe.

Nie, nie teraz. Nie pozwolę przerwać sobie zabawy.

Żaden nowotwór nie stanie mi na drodze .

Im dłużej analizuję swoje Zycie, tym mocniej upewniam się, że jednak musiałam otworzyć tę puszkę, może ktoś mi ją podstępnie podał, przekonując, że to puszka z herbatą, a tak naprawdę uwolniłam całą masę nieszczęść?

.A ja, za tydzień widzę siebie skaczącą jak kozica po naszych kochanych Tatrach.
Z wiatrem we włosach, wiosną w sercu i u boku Wirtualnego.
I nowotworem w piersi.
Nie szkodzi. Nic nie szkodzi.

Jestem pewna, że to tylko sen. Obudzę się i wszystko będzie dobrze.

.Po co kobietom piersi?

Nie chcę chemioterapii. Moje włosy. Wiem, że je stracę.

Tyle wiem o chemioterapii. I w tej całej wiedzy nie ma nic, co mogłoby mnie do niej przekonać.
Przecież to nic innego jak powolne wytruwanie organizmu, zaprogramowane tak, aby odbywało się wolniej niż śmierć, którą może spowodować. Takie zabijanie na raty. Tak wolno, żeby przypadkiem pacjent nie umarł.

Dlaczego ja? A może to rodzaj kary? Wiem, że to początek końca.
Nie jestem gotowa.

To głupie. Bo czy człowiek w ogóle kiedyś jest gotowy, żeby umierać?

Choć umieramy od chwili narodzin?

Zawsze jest jeszcze coś do zrobienia. Trzymamy się kurczowo życia, choć często przynosi nam wiele cierpienia.

Śnił mi się Żmijewski. Nie wiem, dlaczego? Ale dobrze, że jeszcze śnić potrafię radośnie.

Zadziwiające, że w obliczu tego, co mnie czeka, walki jaką pewnie będę musiała stoczyć, kiedy dojrzeję do tego, by ją podjąć, mam zupełnie inne problem.

Jestem rozdarta pomiędzy dwóch mężczyzn. Wymyślonego i Wirtualnego. Żeby choć jeden z nich był prawdziwy. . Trzej panowie W. Aha, jest jeszcze Wiarołomny. Ten jest prawdziwy. Ale nie jest taki, jaki był , zanim się pobraliśmy? Gdzie się podział tamten opiekuńczy, troskliwy, kochający chłopak?
Co stało się z tą wielką, wieczną miłością?
A może znudziło Ją czekanie?

Zniecierpliwiła się. I zasmucona , postanowiła odejść?
A może tylko sobie przycupnęła w kąciku i cierpliwie czeka?

Bo wie, że Wirtualny wkrótce zniknie tak nagle, jak się pojawił, a Wymyślony zostanie?

Dopóki będzie Wymyślony , zapomnę o moim raku.
O Boże, chciałabym, żeby zawsze BYŁ. Wtedy nie musiałabym pamiętać.

Krzywdzę tyle osób naraz.
I siebie, przede wszystkim.
Nie wiem, czy sobie z tym poradzę.
Tak bardzo chciałam komuś o tym powiedzieć. Bałam się, że jeśli tego nie zrobię to mnie rozerwie.
Nie powiedziałam nikomu.
Jeszcze choć jeden dzień chciałam żyć normalnie.
Idę na wagary. Wagary od życia.

Wracałam ze szpitala z wynikami badania histopatologicznego w torebce. W głowie dudniły mi słowa, wydrukowane na kawałku papieru, który był moją przyszłością, wytyczał mi drogę na najbliższe miesiące, bo nie wiem, czy lata.
„ carcinoma mammae” — zmiana złośliwa.

Wytłumacz mi to- poprosiłam. Pawła . Po polsku do mnie mów- nie znam łaciny.

I mów tak, żebym zrozumiała każde słowo.

Powiedział. Ale nie wiem, czy zrozumiałam.

Tu mammae (czyli: Tumor mammae) oznacza guz piersi, bez podania bliższego, o
jaki typ guza chodzi (stwierdzenie faktu istnienia zmiany o typie guza).
Ca mammae (czyli: Carcinoma mammae) oznacza : Rak piersi, czyli sprecyzowanie
(na podstawie badań, np. biopsji, że guz piersi jest rakiem.

Rozpoznanie na karcie wypisowej: carcinoma mammae dextrae- C50.4
Wynik badania hispat:
badanie śródoperacyjne: 1. sutek prawy- guz sr. 2 cm szaro-rózowy twardy w
częsci centralnej brunatny, torbielowaty- intra
2. parafina
rozpoznanie: badanie doraźne: 1. carcinoma invasium
badanie parafinowe: 2. carcinoma ductale invasium bloom III. Diameter tumoris
2 cm.
Kolejny wynik badania hispat:
Sutek prawy trudny do zorientowania anatomicznego 14×11x6 cm ze śladem po
badaniu sródoperacyjnym na granicy kwadrantów dolnych. 1 wycinek z loży po
badaniu sródoperacyjnym 2. margines głeboki 3. marginesy góra dół 4. kawadrant
przyśrodkowy z ogniskami włóknienia 5. kwadrant górny przyśrodkowy z litym
sprężystym szarym ogniskiem 6. kwadrant dolny przyśrodkowy. 7 . kwadrant dolny
zewnętrzny z ogniskami włóknienia.
rozpoznanie:

1 Fibrosclerosis 2-3 Tela neoplasmatica absenta 4-7 Fibrosclerosos tela
neoplasmatica absenta

i kolejne badanie to: 1: brodawka 2-4: niewielka ilosc tkanki tłuszczowej
wezły chłonne sr do 0,8 cm 5. węzeł chłonny piersiowo- grzbietowy szary śr 0,9
cm
rozpoznanie: 1. status normalis
2. nodi lymphatici (2) sine metastasibus

3.nodi lymphatici (6) sine metastasibus
4. nodi lymphatici (3) sine metastasibus
5. nodus lymphoticus sine metastasibus

Na zakończenie dodał:

W rozpoznaniu histopatologicznym nowotwór piersi znajduje się tylko w guzie a
węzły chłonne są wolne od nowotworu, co daje ci dobre rokowania.

Proponuję ci chemioterapię. Ale jeszcze nie teraz . Rana musi się zagoić.
Chemioterapia działa głównie na komórki ulegające podziałom (do nich należą
komórki nowotworowe), ale nie tylko - w obrębie rany operacyjnej również
dochodzi do podziałów komórkowych (komórki tkanki łącznej, pęczkujące naczynia
krwionośne). W związku z tym nie powinno się podawać chemioterapii, jeśli rana
jest nie wygojona. Także w przypadku infekcji rany operacyjnej chemioterapia
nie jest wskazana ze względu na możliwość dalszego obniżenia odporności i
rozszerzenia infekcji.

Chemioterapie stosuje się według ustalonego cyklu podawania poszczególnych
cytostatyków - tylko wówczas jest szansa uzyskania tego odsetka odpowiedzi
na leczenie, jaki związany jest z danym schematem chemioterapii. Badania
krwi należy wykonywać, gdyż często dochodzi do uszkodzenia szpiku
(chemioterapia działa głównie na komórki dzielące się, takie jak komórki

raka, ale tez i komórki szpiku).

„ Węzły chłonne nie zmienione.”
Lekki podmuch nadziei.

Zmiana złośliwa.
Czułam, ze coś zatrzymuje tlen w moich płucach.
Chciałam być już w domu.

I wtedy zobaczyłam jego. Mojego męża. Jak siedział w zaparkowanym w zatoczce samochodzie . Rozmawiał z dziewczyną. W tej zatoczce zatrzymują się kierowcy, spragnieni francuskiego seksu lub pełnego stosunku. W tej zatoczce codziennie od 11.00 rano do 23.00 wieczorem czekają dziewczyny, brzydkie jak noc listopadowa, z których najstarsza ma może 20 lat.

Więc on tam siedział , ona nachylała się do niego przez szybę i rozmawiali. Pewnie omawiali warunki oraz cenę.

Bo raczej nie pytał jej ani o drogę, ani o godzinę.

Zdziwiło mnie to?
Chyba nie powinnam być zaskoczona.

Tyle, że moment nie był najlepszy.
Potrzebowałam ciepła i wsparcia, a nie widoku mojego męża w ramionach prostytutki
Minęłam ich i pojechałam dalej. Nie wiem, co bardziej bolało: guz w piersi, pierś, której niedługo nie będę miała, łzy, piekące moje policzki, czy serce skaleczone tym, co zobaczyło.

Zatrzymałam się , ledwo zdążyłam otworzyć drzwi samochodu i zwymiotowałam na ulicę.
Dobrze, że było ciemno. Noc często pomaga ukryć nasze słabości, żal i rozpacz.
Po drodze do domu zatrzymywałam się jeszcze dwa razy. Chciałam umrzeć.
Właśnie wtedy, od razu, na tej ulicy. Najszybciej, najprościej. Jak zwykły tchórz.
Kolejny facet na literkę W do mojej kolekcji. W jak Wiarołomny.

Okłamałam ich wszystkich. Spakowałam się i powiedziałam, że wyjeżdżam na kilka dni.

Nienawidzę szpitali. Niezmiennie kojarzą mi się ze śmiercią, nie z powrotem do zdrowia.
Widzę ją wszędzie. W każdym zakamarku. Panoszy się niepokonana, pewna siebie.
Czai się w kącie i czeka . Zazwyczaj bywa cierpliwa, choć nieraz jej się spieszy. Ubiegłej nocy zabrała dziewczynę z sali obok. Widocznie zazdrościła jej tych oczu jak dwa jeziora.

Wie, że jest bezpieczna, że jej się nic nie może stać.

Podjęłam wyzwanie, choć zupełnie tego nie chcę robić. Uległam namowom Pawła.

Chemioterapia podobno nie jest taka straszna. Włosy? Tak, wyjdą. Ale odrosną.
Ładna mi pociecha.
Wprowadzają do twojego organizmu truciznę i w ten sposób cię chcą wyleczyć.
Bardzo ciekawa metoda: to, co zabija raka, niszczy tez zdrowe komórki.
Latamy w kosmos, a nie umiemy pokonać zwykłego raka.
Klonujemy zwierzęta, a nadal umieramy na tę dżumę XX wieku.

(
Boję się. Tak strasznie się boję.

O Jezu! Pawłowi nie daruję. Miało być bezproblemowo. Rzygałam jak kot. Jeszcze chyba tylko mózgu nie wyrzygałam.
Pierwszy i ostatni raz zafundowałam sobie tę chemię. Nie przeżyję następnych pięciu cykli.
Żadna siła mnie do tego nie zmusi.
Samo wlewanie nie sprawia bólu. Chyba, że pod koniec, gdy próbują znaleźć żyłę, która nie pęknie po wbiciu igły. Większość żył nie wytrzymuje i pęka pod wpływem skrzepów, które się w nich tworzą.
Koszmar zaczyna się wtedy, gdy człowiek zostaje odłączony od tej trucizny.
Prawie zapomniałam jak się nazywam, gdzie jestem i co tu robię. Wyłam z bólu i poczucia niesprawiedliwości. Chodziłam po ścianach. Najbardziej wtedy chciałam umrzeć. Leki osłonowe niewiele pomagają.

I ja mam to powtórzyć za dwa tygodnie? Nie mam mowy.

Zwiałam ze szpitala. Wypisałam się na własną prośbę. Po krótkiej choć burzliwej wymianie zdań z Pawłem . Wiem, że ma rację. Ale ja też ją mam. Muszę przemyśleć sobie wszystko. Poukładać. Przewartościować

. W domu byłam wyjątkowo późno. Ledwo zdążyłam wskoczyć w pierwsze lepsze bokserki mojego męża, gdy usłyszałam łomotanie do drzwi.
Dzwonek , rzecz jasna , nie działa. Nic w tym domu nie działa, a już wkrótce przestanę działać i ja.

Tak subtelnie dawać znać o swoim nadejściu mogła tylko Bożena.
Zerkam przez lipko, żeby przypadkiem znowu nie otworzyć inkasentowi, pół-nago, jak często mi się zdarza. Patrzę, a tam Jeździec Apokalipsy. Mam nadzieję, że nic się nie stało.

Zbiegłam boso, po drodze wbijając sobie w stopę kość należącą do Teguilii.

– Hej, Bożenko! Wybacz, ale dopiero wróciłam i usiłuję ogarnąć to pobojowisko. Nie ma cię człowieku kilka dni, a szkody takie jak po trzęsieniu ziemi.
Wchodź!

– Wiem, ze dopiero przyszłaś… Czekałam na ciebie.

– O! Czyżby znowu któraś z naszych dziewczyn wydłubała drugiej oko?
Opowiadaj! Lewe czy prawe? A może chodzi o zęby? Mam nadzieje, ze nie jedynka!

– Nie. Nie o to chodzi.

– Jezu, Bożka, mów no wreszcie co się stało, bo szczerze mówiąc , wyglądasz tak, jak by ktoś umarł.

– No właśnie—westchnęła ciężko Bożka – chciałam ci powiedzieć.

– Kto?-

— Pamiętasz mojego sąsiada? Tego przez ścianę?

– Poczekaj… poczekaj… Tego, który prawie nie wychodził z domu?

— Tak. Tego.

— Bożka, ja go widziałam może trzy razy w życiu i to tylko w przelocie.

Czasami wydawało mi się, że widzę go w oknie, ale nigdy nie byłam pewna. Wiesz, dosyć tajemniczy facet. Co z nim?

– Nie żyje. I nikt nic nie wie. Dzisiaj rano przyjechała do niego siostra z Krakowa.

Otwiera swoimi kluczami, wchodzi, woła go, a tu nic. Cisza jak makiem zasiał.

Poszła na górę. I tam go znalazła. Zimniutki jak sopelek.
Mówię ci, co tu się działo. Policja przyjechała, bo najpierw myśleli, że może go ktoś ukatrupił.
Ostatecznie okazało się, że on po prostu sobie umarł. We śnie. Jak ja marzę o takiej śmierci…- przewróciła oczami Bożka.

– Bożka, ty mi się tu nie rozmarzaj, tylko mów o co chodzi.
Chcesz forsę na wieniec? Sąsiedzi robią składkę, tak?

— Nie.

– No to co było dalej?

— Dalej nie było nic. To znaczy było.

– Kobito, zdecyduj się wreszcie.

– Bo mi zakręciłaś w głowie. Ja przyszłam do ciebie, bo powinnaś coś zobaczyć.

– O nie! Nie będę oglądać żadnego nieboszczyka! Zboczona jesteś, jeśli myślisz, że…

— Zuza, kiedy się wszystko uspokoiło i już go zabrali, no tam, no wiesz …

— Wiem. Dawaj dalej.

– To przyszła do mnie ta kobieta. Jego siostra. I poprosiła mnie, żebym z nią poszła do jego domu. Rozejrzała się. Najpierw odmówiłam, ale ona nalegała. Była taka zagubiona. To poszłam. A mówię ci , jak się bałam…

– I co? Bożenko? Co było w tym mieszkaniu?

— Zobacz sama. Ta babka zostawiła mi klucze. Tylko zmień bokserki na dżinsy.

Weszłyśmy do kompletnie zaciemnionego pokoju. Pierwsze piętro. Z rozkładu pomieszczeń domyśliłam się, ze to sypialnia.

Zapach goździków i cynamonu przyjemnie łaskotał mój nos.
Szłam ostrożnie, żeby nie wpaść na jakiś mebel a także przy okazji nie połamać sobie nóg.
Bożka trzymała mnie za rękę. Namacała kontakt i powiedziała:

– Zuza, a teraz popatrz.

I włączyła światło.

O mój Jezu!

Bożka, nie puszczaj mnie. Trzymaj mnie kobieto. Uszczypnąć też mnie możesz.
Nie zemdleć. Nie zemdleć.

Były wszędzie. Na ścianach, w ramkach na stolikach, leżały porozrzucane na podłodze.
Cała ściana w pokoju była nimi wyklejona. Podeszłam bliżej.

– Jezu! Bożenko, to przecież…

- Ty… Wszędzie ty. Zuza, kiedy ja tu weszłam, prawie padłam , mówię ci.
Ale to jeszcze nie wszystko. Zobacz to.
I podała mi kartonowe pudełko wypełnione kartkami papieru.
Równo zapisane.
Zaczęłam przeglądać .
To był dziennik.
Zapiski dzień po dniu. Choć niektóre wcale nie datowane.

– Bożka, to jego pamiętnik!.

– Przeczytaj teraz.

– Nie mogę, to przecież jego prywatność.

– Słuchaj, Zuza. Teraz on już nie potrzebuje żadnej prywatności. To po pierwsze.
A po drugie zacznij czytać, a przekonasz się, że to nie tylko jego prywatność.

19 stycznia

„….wiem, ze dziś są jej urodziny. Kupiłem jej kwiaty i wysłałem przez kuriera. Dostanie wieczorem. Trzydzieści .Róże. Najdłuższe jakie były i najbardziej bordowe jaki udało mi się zamówić…”.

19 stycznia. Mam wtedy urodziny.

– Bożka- ja mam urodziny 19 stycznia…Dostałam wtedy kwiaty. Bez żadnego liściku. Myślałam, że to mój Wiarołomny, choć on milczał jak by mu usta zaszyli i robił tylko głupawe miny..

– Wiem. Czytaj dalej.

14 lutego Walentynki

„to straszne, kochać kogoś tak bardzo i nie móc wysłać mu Walentynki.
Kochać.
Nie mogę. Zrobić tego, nie mogę. Nie wolno mi. Zburzyć świat , w którym ona żyje?
Nawet jeśli nie jest to dla niej najlepsze? Nie wolno mi.

Kocham.
Tylko kwiaty. To mi wolno. I jeszcze patrzeć mi wolno.
Na nią.
Codziennie.
Rano .
Po południu.
Wieczorem.
Jak otwiera i zamyka drzwi.
Jak otwiera i zamyka mój dzień”.

„Ma oczy zapuchnięte od płaczu. Tłumi go w sobie. Poszedłem kiedyś za nią na pole. Koniec wiosny, początek lata. Nikogo więcej. Trawa mokra od porannej rosy.. Położyła się na niej.
Na boku. Skuliła się. Płakała. Bezgłośnie. Nauczyła się płakać po cichu . Stałem tam, daleko za drzewem , a prawie widziałem te łzy. Niemal czułem ich słony smak…”

O mój Boże! Litery skakały mi przed oczami, zlewając się czarną plamę.

„… Wrócił do domu. Otworzyła mu drzwi. Rolety w oknie nie są opuszczone.
Rozmawiają… Ona stoi tyłem do niego. Zmywa naczynia . On ją o cos pyta. ONA zastyga na moment, opuszcza z rezygnacją głowę. Odpowiada mu. Nie widzi jednak, bo wciąż stoi do niego odwrócona plecami, że on bierze do ręki szczotkę na długim kiju. Kij łamie się na jej plecach.
Gdyby miał, skurwysyn , pistolet, to też by jej strzelił w plecy.
Ona stoi dalej przy zlewozmywaku. Jak automat zmywa te cholerne talerze. Pochylona z bólu.
On wychodzi. Wsiada do samochodu i rusza z piskiem opon.
Ja wiem, dokąd on jedzie…
Boże! Ona jest taka dobra. A teraz będzie nosiła na plecach pręgę długości kija od szczotki.
Wyszła z domu.
Ta pręga wyryła w moim mózgu pionową linię.”

Oddychać. Oddychać… Raz, dwa trzy… Dziesięć , dziewięć, osiem, siedem…
Tylko spokojnie.
Spokojnie.
Czym jest spokój.?

Koniec kwietnia

„…Zbudowała swój świat. Latami, stawiała cegła po cegle, cierpliwie uzupełniając cementem najmniejsze nawet szczeliny,, przez które ktokolwiek mógłby dostrzec, czego nie powinien.
Mozolnie, z trudem, dźwigała worki, dosypywała piasku, wlewała wodę i robiła spoinę.
A potem znowu , pomalutku, dzień pod dniu, miesiąc po miesiącu i rok po roku, budowała mur.
Miał ją chronić. Nikogo nie wpuszczała. Nikt nie wiedział, co kryje się po drugiej stronie.
Na straży postawiła ironię, szyderstwo, sarkazm i kpinę.”

Zamęt. Zamęt. W głowie karuzela. Diabelski młyn.
Raz, dwa, trzy..
Czytam dalej.

Maj

„Chciałbym poczuć jej zapach i smak. Delikatnie całować jej powieki, gdy leży z zamkniętymi oczami. Bawić się jej włosami. Często zastanawiam się, jak smakuje jej skóra?
Może ma zapach i smak pomarańczy, a może jest jak jabłka z cynamonem?
Na pewno jest słodka.
Może smakuje jak świeżo zerwane maliny?”

Bożka wyjęła mi z ręki kartkę i pociągnęła mnie do drugiego pokoju.
Kiedy zapaliła światło, poczułam się tak, jakbym przeniosła się nagle do innego świata.
To był najwyraźniej salon. Wypełniony po brzegi porcelanowymi cackami.
Były wszędzie. Filiżanki z ręcznie malowanymi wzorkami.
Porcelanowe figurki.

Lalki w przecudnych sukniach.

Stałam jak zaczarowana nie mogąc oprzeć się wrażeniu ,że ten pokój jest magiczny.

Zuzanko droga,

patrzę na Ciebie. Obserwuję A to co widzę tylko świadczy o tym, jak bardzo Twoje serce potrzebuje prawdziwego kontaktu. Jak bardzo bardzo jest wymęczone dotychczasowymi
cierpieniami.

Oczywiście, że kiedy pojawia się uczucie, łatwiej dążyć do jakiegoś
spełnienia tego uczucia, niż po prostu pozwolić mu być. „

Czekając na wschód słońca

„Nie spałem całą noc. Siedzę przy oknie i czekam na wschód słońca.
Tak bardzo bym chciał budzić się z nią i zasypiać.
Siedzieć wieczorami przed kominkiem i pić szampana bez żadnej specjalnej okazji.
Już sam fakt, że żyjemy, jest okazją. Żyjąc tracimy przecież życie.
Umieramy od chwili narodzin.
Ostatnio śni mi się wciąż ten sam sen: idę z nią brzegiem morza. Jest chłodno, wieje silny wiatr.
Na plaży jesteśmy tylko my sami.
Ona mówi:” Adasiu, popatrz jakie wielkie mewy”- wskazując na rybitwy.
Czytamy napisy namalowane sprayem na ogromnych kamieniach:
„ Romek kocha Anię”.
Ona przystaje , patrzy na mnie i pyta:

„ A czy Adam kogoś kocha?”
A ja przyciągam ją do siebie tak blisko, że czuję przez kurtkę bicie jej serca.
Stawiam jej kołnierz, bo marznie jej szyja.
I mówię: „ Czy kocha? Nie masz pojęcia jak bardzo”.

Wnętrze pokoju wypełniał aromat suszonych jabłek.
I wszędzie ta porcelana. Krucha porcelana.
Podeszłam do stołu, na którym stała prześliczna zastawa.

20 maja

„ Zachwycam się nią. Celebruję każdą minutę, kiedy mogę na nią patrzeć.
Żyję w ciągłym zachwycie.
Kiedy zamykam oczy- wciąż ją widzę.
Słyszę jej śmiech i wiem, że nie śmieje się z całego serca.
Chciałbym ją pocałować.
Prosto w serce.”

Jesteś kobietą wyjątkową .

Twoje ciało jest przekaźnikiem — za jego pomocą kontaktujesz
się ze znajdującym się w Tobie nieograniczonym źródłem mądrości.

Kiedy jesteś wśród niewłaściwych ludzi, Twoje ciało daje znaki,
reaguje na nich odpowiednio, i wtedy złościsz się, denerwujesz.
To jest przejaw mądrości.

Kiedy rozmawiasz z właściwą osobą, jesteś spokojna.

Bałam się wziąć do ręki jedną z filiżanek.
Ale nie mogłam się oprzeć.
Obracałam w dłoniach prawdziwe dzieło sztuki. Nie mogłam nacieszyć oczu jego pięknem i delikatnością.

Na zmianę , wpatrywałam się w figurki jak urzeczona i jednoczesnie chłonęłam słowa utrwalone na kartkach papieru.

Za oknem wciąż mai się maj

„ Spytaj mnie, czy szklanka jest do połowy pusta, czy do połowy pełna.
Odpowiem Ci ,że pełna.

Spytaj mnie, czy Zielony, to kolor nadziei.
Odpowiem: a jakiego chcesz by była koloru Twoja nadzieja?

Spytaj mnie, czy wolę dzień od nocy.
Odpowiem, że kocham je tak samo mocno:
Dzień, za to, że pozwala mi na Ciebie patrzeć,
A Noc, za to, że pozwala mi o Tobie śnić.

Spytaj mnie, za co kocham Cię najbardziej.
Odpowiem: za tę porcelanę w Tobie”.

Zuzanno, wyjdź z doliny deszczu. Wiem przecież, że znasz drogę powrotną.

Ale skąd on…? Jak ?

Nikt nigdy. Ani Wymyślony. Ani Wirtualny.. A już na pewno nie Wiarołomny. Żaden tak do mnie nie mówił. Czy to oznacza, że znowu się myliłam? Maks- obudź się. Jakie „ znowu”? Kobito, ty się permanentnie mylisz. Masz patent na pomyłki. Wydaje mi się, że tę bezgraniczną naiwność wyssałam z mlekiem matki. Mogłabym tak powiedzieć, gdyby moja matka karmiła mnie piersią.
Ale nie była taka uprzejma. Za to ja musiałam leżeć z biustem na wierzchu przez trzy lata, bo moja Amelka żyć bez tego nie mogła. Czasami zdarza się jej to do dzis. Ssanie.

koniec lipca

„tak naprawdę nie jest ważne, jak długo żyjemy.
Najistotniejsze jest to, jak żyjemy”

„…Dzisiaj znowu buszowałem po Allegro. Wyszukałem coś pięknego.
Wygląda zupełnie jak ona. Śliczna, krucha i pełna wdzięku.
Ma długie włosy, duże oczy i bardzo smutną twarz.
Porcelanowa figurka”.

— Zuza- zawołała mnie Bożka.
Zrobiła to za głośno. Za głośno i za szybko.
Maleńka filiżanka wypadła mi z ręki.

Rozsypała się na drobniutkie kawałeczki.
Usłyszałam dobrze znajomy dźwięk..
Dusza stłukła się po raz kolejny.
Powinnam się do tego przyzwyczaić.
Poskleja się, poskleja.
Więc dlaczego boli wciąż tak samo?

— To nic, Zuzka, nie przejmuj się. Chodź , pokażę ci coś jeszcze.

Coś jeszcze? To może być jeszcze coś? To, co zobaczyłam do tej pory, to mało?

— Zuza, tutaj są list. Wszystkie adresowane do ciebie. I nigdy nie wysłane.
Kiedy czekałam na ciebie, policzyłam je.
Wiesz ile jest? Siedemset trzydzieści.

— Siedemset trzydzieści – powtórzyłam głucho za nią jak automat.

Wiem, co chcę zrobić. Otworzyć drzwi do Twojego Życia.
Do tego, żebyś mogła cieszyć się każdą chwilą.

– A czy wiesz, co to oznacza?
To nam daje dwa listy dziennie albo jeden przez dwa lata.
. Jeden list rano, drugi wieczorem.
Zupełnie tak, jak by witał się i żegnał z Tobą.

„… zamyka i otwiera mój dzień…”

„Niektóre doświadczenia są jak kataklizmy- zmiatają nas z powierzchni ziemi na długie miesiące. Są jak emocjonalne huragany, niszczycielskie żywioły siejące ból i spustoszenie. Wymiatają z naszych serc każdą odrobinę radości. Rozpacz może nas łatwo pokonać albo mądrze wzbogacić…
Według angielskiego terapeuty Robina Skynnera, żeby wydostać się z prywatnego piekła , trzeba się najpierw przyznać, że się w nim jest. Aby móc się autentycznie pogodzić z doznaną krzywdą, należy doświadczyć głębokiej żałoby. Wyjście z piekła zawsze prowadzi przez czyściec. Nie ma drogi na skrót. Ból trzeba przeboleć do końca. Wiele osób boi się rozpaczy. Lęka się zanurzenia w głębokim żalu. Odpędza cierpienie. Funduje sobie ból w małych dawkach: w smuteczkach, melancholiach. Dlatego właśnie odzyskanie równowagi zabiera im całe lata albo też są podłamani do końca życia. Tymczasem nie należy się „podłamać”, należy się „złamać”, żeby się odrodzić. Dramaty bolą, bo nie umiemy ich przeżyć do końca. Przechowujemy je w sobie, spychamy, wypieramy, unieważniamy. Zaś doświadczanie cierpienia do końca, odczuwanie rozrywającego bólu, oczyszcza nas, tworzy miejsce na nowe, pozytywne i budujące uczucia. Pozwólmy sobie na krzyk, łzy, szaleństwo z rozpaczy. Osoby, które wyszły z wielkich dramatów, opowiadają, że dotknęły dna rozpaczy i dlatego miały już tylko jedną drogę: odbić się od głębi ciemności i dryfować ku jasnej stronie życia .Cierpienie, które zawładnie nami do końca, obmyje nas jak wielka fala, ale nie zatopi, a za to odstąpi, przeminie. Prawdziwe cierpienie nie odgradza nas, ale łączy ze światem. Pomaga go w pełni zrozumieć i pojąc. Jest bolesne, ale i twórcze , motywuje do pogodzenia się ze stratą, do przebudowy myślenia i odczuwania. Uczy nas jak mądrze żałować i akceptować świat, takim, jaki jest. „

— Bożka, proszę. Zabierz mnie stąd. Ja już nie chcę. Już nie mogę.. Proszę…

Znam to. Już gdzieś kiedyś to czytałam. Wybiegłam z pokoju jak szalona. Wpadłam do domu i otworzyłam pudełko z „ Korespondencją wiecznie żywą” . Powinien gdzieś tu być. Musi przecież. Faktura za wodę to nie. Opłaty za wywóz śmieci też nie.
„ Szanowna Pani, zawiadamiamy, że konieczny jest przegląd techniczny wodomierza”- cholera z tym wodomierzem. Gdzie ten list? Jest! Z kopertą w dłoni wróciłam do Bożki.

- Zobacz.
Bożka zaczęła czytać.

- Dostałaś ich więcej?

- Nie. Tylko ten jeden. Myślałam, że to Świadkowie Jehowi. Bożeno kochana, co ja mam teraz zrobić?
Usiadłam. Ukryłam twarz w dłoniach. Bożena opadła na dywan obok mnie i przytuliła mnie mocno. Ręce mi drżały a łzy postanowiły płynąć i płynąć bez końca.

„…Granica między fantazją a rzeczywistością bywa czasami bardzo cienka. Chodzi o to, aby się nie pogubić. Bo jeśli stracimy kontakt z tym co jest, wierząc w to, czego nie ma , to wtedy może być nam ciężko pogodzić się z faktem, że żyliśmy w wymyślonym świecie.
Wszelkiego rodzaje konfabulacje są może nawet i dobre, ale tylko wtedy, gdy wiemy, kiedy się zatrzymać.
Życie w świecie nierealnym może zrobić nam wielką krzywdę: jeśli uwierzymy w coś, co istnieje tylko w naszej wyobraźni, możemy nie wytrzymać upadku ze zbyt dużej wysokości. Konfrontacja prawdy z fikcją, fikcji z prawdą może być zabójcza. Świat, który istniał tylko w naszej wyobraźni staje się z czasem naszym światem, zaczynamy wierzyć w jego realność ,a on tak naprawdę przecież nie istnieje. Jesteśmy sami. Na scenie nikogo nie ma. Gramy swoją rolę,
bo to jest jedyna szansa na przetrwanie. Odrzucamy rzeczywistość, na którą nie godzi się nasza podświadomość. Wybieramy to, co dla nas lepsze, nawet jeśli nie jest prawdziwe. Żyjemy dzięki temu i zachowujemy resztki normalności, nawet jeśli w efekcie ma to nas wprowadzić w nienormalność. Kwestia wyboru. Nic więcej.
Zuzanko, może lepiej , zamiast marzyć, po prostu zacznij żyć? Pełną piersią, tak jak tego chcesz i jak na to zasługujesz”.

– Zuza, nie martw się. Ja nikomu nie powiem o tym, co tu zobaczyłam.
Wiesz, że nigdy się nie wtrącałam w Twoje życie. Zawsze robiłaś to, co chciałaś.
Nie chciałaś mnie posłuchać. Ale teraz musisz posłuchać . Mnie i jego.
Zrób cos, wreszcie, dziewczyno, bo kiedyś znajdę Cię leżącą w kuchni z nożem w plecach.
Jeśli oczywiście wcześniej nie umrzesz na raka.

— Skąd o tym wiesz?

— O czym? O tym, że on cię leje, czy ,że jesteś chora?
Wszyscy wokół wiedzą. Ludzie wiedzą więcej o tobie samej, niż ci się wydaje i niż ty o sobie wiesz. Znają cię lepiej.

„Najbardziej teraz chciałbym, żeby nareszcie zrobiła coś tylko dla siebie.
Przede wszystkim musi żyć.
Tylko, jak ja mogę ją do tego przekonać?

Gdy Cię widzę, to tak, jak by ktoś w ciemnym pokoju zapalił Słońce.
Czy Ty wiesz, że lepiej mieć oczy szeroko zamknięte niż otwarte tylko w półmroku?
Jesteś moim aniołem.
I zawsze będziesz.
I ja będę Twoim Aniołem.
Kocham Twoje oczy. Włosy, usta.
Kocham sposób w jaki się poruszasz.
Jesteś moja, choć nawet o tym nie wiesz.
Każdy milimetr Twojego ciała znam na pamięć.
Zuzanko…Na koniec powiem Ci jeszcze co lubię.

Lubię baaardzo wiele rzeczy.

I kocham łączyć różne w jednym.

A ty? Co ty lubisz robić? Nie mów. Ja wiem.

Ja? Co ja lubię robić? Boże mój jedyny, już nie pamiętam.

trzy miesiące później

Walizka nie chce się domknąć. Usiądę na niej, powinno zadziałać.
Teraz tylko pomyśleć, czy wszystko spakowałam.
Paszporty? Są. Bilety na samolot? Też. Pieniądze? Są. Karty kredytowe?. Są.
Za trzy godziny przyjedzie taksówka. Amelka u Bożki. Więc teraz mogę się pożegnać.
W dłoni ściskam kartkę. Znam treść na pamięć.

Sierpień

„ A teraz posłuchaj mnie uważnie:
Żadna pora nie jest dla ciebie właściwa:
Dziś jest za późno na wczoraj i za wcześnie na jutro.
Jeśli musisz coś zrobić, nie zastanawiaj się.
Zrób to natychmiast.
Trzymasz swoje życie w swoich rękach.
Zrób coś z tym.
Nie wolno zmarnować ci już ani sekundy”.

Samochód zaparkowałam dosyć daleko od cmentarza.
Spacer dobrze mi zrobi.
Jak to jest, że wszystkie cmentarne aleje są tak samo piękne?
Zawsze lubiłam zadzierać wysoko głowę, idąc nimi.

Patrzyłam na ponad stuletnie drzewa, które tworzyły przecudny szpaler. W odruchu podziwu i szacunku schyliłam głowę.

Dobrze mają Ci zmarli. Tu jest tak magicznie. Spokój tak wielki, że aż dech zapiera. Cisza gra na ramionach drzew, jak Anioł na strunach skrzypiec.

Tak niezwykle , że można się zachwycić.
Można się zapomnieć. Zachwyt światem , ludźmi jest czymś niewyobrażalnie dobrym.
Zachwyt nad sobą jest czymś niewyrażalnie mądrym.

Szłam powoli, licząc kroki.
Bez problemu odnalazłam jego grób.
Zielona róża sama położyła się na ciężkiej płycie pomnika.

— Adam. To ja.
Tyle chciałabym Ci powiedzieć.
Ale ty to wszystko wiesz..
Bo ty zawsze wiedziałeś.
Ty jeden.
Wyjeżdżam.. wychodzę z doliny deszczu.

Zdecydowałam. .
Chcę żyć bo życie jest tego warte. Czasami potrzebne jest potężne trzęsienie ziemi, żeby zacząć budować wszystko od nowa

A kiedy wrócę, przyjdę do ciebie z butelką szampana .
Przyniosę dwa kieliszki.
Usiądę na ławce, tuż obok .Tak blisko, jak ty byłeś blisko mnie.
A ja o niczym nie wiedziałam. Stworzyłam sobie świat pełen iluzji, przegapiając prawdziwą miłość. może tę jedyną, ostateczną?.
Wypijemy.
A potem zatańczę specjalnie dla ciebie.

. Nuciłam bezgłośnie, połykając łzy:

:„ Tylko ty, kochasz we mnie to co chcesz,
tylko ty kochasz wiernie
i nie pytasz, czy ja też”

To zadziwiające, jak łatwo można się pomylić, przejść obok, przegapić.

Wstałam z ławki , a wraz ze mną wstał ktoś jeszcze.
Usłyszałam szelest skrzydeł . I poczułam lekki powiew wiatru.
Odwróciłam się powoli i spojrzałam w górę..
Uśmiechnęłam się . Poczułam w sobie niezwykłą siłę. Dam radę. Wygram.
Anioł odwzajemnił uśmiech jakby znał moje myśli.
Wyszeptał bezgłośnie:

„…Spytaj mnie, za co kocham Cię najbardziej.
Odpowiem: za tę porcelanę w Tobie..”.

Odpowiedziałam:

Pamiętaj że gdziekolwiek się znajdziesz zawsze część ciebie pozostanie w moim sercu.. I w Sercach ludzi którzy ciebie kochali.
Pamiętaj że Bóg też cię kocha.
Tak bardzo…….
…….. że już nie chciał się tobą z nikim dzielić.